Weekend w Budapeszcie – co zobaczyć?

Po Budapeszcie raczej nie poruszałyśmy się w zawrotnym tempie. Mało tego, notorycznie pomijałyśmy dość istotne wskazówki GPS-a (do takiego wniosku dochodziłyśmy zawsze po fakcie). To było prawdziwe slooooow travel. Nie był to jednak minus naszego wyjazdu. Ten weekend z całą pewnością należał do spontanicznych. Mimo, że Budapeszt jest stolicą Węgier, sprawia wrażenie przyjemnego i przytulnego. Nie zobaczycie tam licznych wieżowców stanowiących część panoramy wielkich miast. Ich miejsca zajmują przepiękne kamienice, które można podziwiać tam na każdym kroku. 

Na początek proponuję poczytać trochę o specyfice tego kraju (w tym celu polecam mój poprzedni wpis, dostępny tutaj), o mieszkańcach i zwyczajach, które mogą się wydawać dla nas niezrozumiałe – mimo, że przecież Polak, Węgier to dwa bratanki. Znajdziecie tam również informacje dotyczące ścisłej organizacji wyjazdu – jak dojechać do Budapesztu, czym poruszać się po mieście, gdzie nocować, co zjeść i gdzie możecie liczyć na dobre imprezy.

IMG_5421
Przygotowanie sprzętu – bez selfie stick ani rusz

DZIEŃ PIERWSZY: Dotarcie do Budapesztu późnym popołudniem, odpoczynek po kilkunastu godzinach w autobusie, spacer po mieście bez mapy i test asortymentu lokalnych barów. 

Relacja z pierwszych godzin w Budapeszcie raczej nie nadaje się na bloga podróżniczego. Kilkanaście godzin podróży autobusem, dotarcie do hostelu, rozpakowanie rzeczy, uregulowanie płatności, spacer bez mapy. Nie była to jednak strata czasu! Na każdym kroku widziałyśmy piękne kamienice. Nasza grupa składała się z Polek, Słowaczek i Czeszek. Nie widziałyśmy się od paru miesięcy, więc tego dnia postawiłyśmy na sprawdzanie budapesztańskich barów, o których pisałam w poprzednim wpisie.

333


DZIEŃ DRUGI: Terror Haza – Plac Bohaterów – zamek Vajdahunyad – Széchenyi Fürdő – bistro Oktogon – Opera – Bazylika Świętego Stefana* – Wielka Synagoga* – Parlament. 

Zwiedzanie Budapesztu rozpoczęłyśmy od Andrassy ut – najbardziej reprezentacyjnej ulicy w Budapeszcie. Przylega do niej mnóstwo neorenesansowych budynków w eklektycznym stylu (łączenie w jednej budowli przeróżnych stylów – niby nic do siebie nie pasuje, ale jakoś się klei i nawet ładnie to wygląda). Znajduje się na niej:

#1 TERROR HAZA

Muzeum Terroru posiada ciekawą instalację na fasadzie. Jeszcze ciekawszy jest sposób przedstawienia w nim krwawej historii Węgier. Obejrzałyśmy budynek tylko z zewnątrz, ale znajomi, którzy poświęcili czas na muzeum byli pod wrażeniem. Znajdziecie w nim mnóstwo ekspozycji multimedialnych. Podczas zwiedzania najbardziej przejmujący jest odgłos strzałów w momencie wchodzenia do pokoju przesłuchań… Adres: Andrássy út 60. Koszt biletu: 3000 HUF (kasy zamykane są o 17.30). Zwiedzanie możliwe jest od wtorku do niedzieli od 10:00 do 18:00 (zamknięte 1 stycznia, 8-22 stycznia, 23 października, 1 listopada, 24-26 grudnia). 

800px-House_of_Terror_in_Budapest
źródło: Chmee2/Valtameri, Wikimedia Commons, licencja

Koniec ulicy Andrassy ut wyznacza jeden z budapesztańskich symboli:

#2 PLAC BOHATERÓW

To miejsce wielokrotnie zaistniało w historii Węgier, głównie za sprawą licznych demonstracji politycznych. Powstało na pamiątkę tysięcznej rocznicy założenia państwa. Nad placem góruje kolumna z pomnikiem archanioła Gabriela – w jednej ręce trzyma krzyż, a w drugiej węgierską koronę. 36-metrową kolumnę otaczają cokoły z ważnymi osobistościami tego kraju. Jednym z nich jest książę Arpad – przywódca Madziarów.

IMG_5513
Początek marca – my w kurtkach zimowych a Pani w szortach. Podziwiamy i pozdrawiamy.

Wspominałam już, że Węgry przypominają Polskę pod wieloma względami? Symboliczne miejsce na placu pod kolumną zajmuje Grób Nieznanego Żołnierza. W przeszłości przewinęło się tam kilka innych pomników – m.in. Stalina, który zniszczono podczas powstania w 1956 roku. W czasach komunizmu był tam nawet posąg Lenina.

Przy Placu Bohaterów znajduje się MUZEUM SZTUK PIĘKNYCH z pracami znakomitych artystów (Leonarda da Vinci, Rembrandta, Boudina czy też Delacroix). Po drugiej stronie mieści się MUZEUM SZTUKI, w którym odbywają się wystawy węgierskich artystów. Być może dzięki sztuce uda się poznać ten kraj, skoro ze zrozumieniem języka może być problem. Lecimy dalej, w kierunku…

#3 ZAMKU VAJDAHUNYAD

Budowla wygląda na średniowieczny zabytek. No i nie do końca tak jest, bo po pierwsze – ma nieco ponad sto lat, a po drugie – właściwie to nie jest ona zabytkiem. W celu uczczenia tysiąclecia powstania państwa ogłoszono konkurs na odtworzenie najpopularniejszych budowli Wielkich Węgier. Prace jedenastu architektów przerosły wyobrażenia organizatorów i wiele z nich było tak dobrych, że elementy z gipsu i drewna zastąpiono stałym budulcem, przez co do dziś można je podziwiać. Laureat konkursu stworzył zamek Vajdahunyad – połączenie stylu romańskiego, gotyckiego, renesansu i baroku. Taka mieszanka nie brzmi zbyt estetycznie, ale w tym przypadku okazała się trafiona. Pozostając w temacie przedziwnych połączeń… w zamku mieści się Muzeum Rolnictwa.

IMG_5459IMG_5501IMG_5475IMG_5461IMG_5504

#4 KAPLICA JAKI KAPOLNA

Znajduje się tuż przy zamku Vajdahunyad. Kaplica powstała w tych samych okolicznościach, co zamek.

IMG_5463

IMG_5487
piesio
IMG_5489
Znajdź 10 różnic

Poza przedziwnym i udanym połączeniem 3454256 stylów architektonicznych w zamku Vajdahunyad, na dziedzińcu zobaczycie Dementora. To Anonymus – węgierska wersja naszego Gala Anonima, który był pierwszym kronikarzem. Zgodnie z legendą, dotknięcie pióra gwarantuję wenę twórczą. Tempo powstawania wpisów na tym blogu nie jest zawrotne, więc mam wątpliwości co do wiarygodności tej opowiastki. No, ale pomnik ładny.

IMG_5507
Takie tam z dementorem

Po godzinnym ślęczeniu przy piórze – tak na zaś – przyszedł czas na kolejne atrakcje, położone w bliskiej odległości od wspomnianego wcześniej zamku Vajdadheuhrkfrckc (tak właśnie postrzegam ten ciekawy język). Są to:

#5 SZECHENYI GYÓGYFURDO

Czytając nazwę tego miejsca,  wszyscy z pewnością domyślacie się, że chodzi o łaźnie, które – wykorzystując gorące źródła – tworzą kompleks basenów termalnych. Część z nich znajduje się na zewnątrz, ale wysoka temperatura wody pozwala na kąpiele nawet w środku zimy. Architekt budynku miał rozmach i to niemały (poniższe zdjęcia wyjaśnią Wam o co tyle szumu). Szczegóły na temat cen i godzin otwarcia można znaleźć tutaj.

Budapeszt to jedyna stolica w Europie, która może pochwalić się ogromną ilością źródeł geotermalnych. Ten kraj to jedno wielkie uzdrowisko. Tamtejsze miejscowości posiadają liczne źródła termalne i lecznicze. Na terenie Węgier jest ich ponad 1000, a w samym Budapeszcie około 50. Jakim cudem jest ich tak dużo w tak małym kraju? Nigdy nie byłam dobra z przyrody Akurat byłam chora na tej lekcji w szkole, dlatego nie jestem pewna czy uda mi się prawidłowo wytłumaczyć to zjawisko. Pomijając fakt, że jest to niesprawiedliwe, miasto rozciąga się w zagłębiu termalnym niedaleko płyty euroazjatyckiej. Z kolei ta płyta kryje w sobie aktywność geotermalną przypominającą coś w stylu amerykańskiego Parku Narodowego w Yellowstone.

Przyznaję, że nie do końca przygotowałyśmy się do tego wyjazdu, dlatego też nie zapomnijcie o strojach kąpielowych – w odróżnieniu od nas – i korzystajcie! Poniżej przedstawiam wielokrotne i – jak widać – bezskuteczne próby zrobienia idealnego zdjęcia:

A tutaj już dojście do wniosku, że takie wypadło chyba najlepiej:

IMG_5436

Obiad: Kierujemy się więc do najbliższej stacji metra – Szehenyi furdo, korzystamy z linii M1 i po 6 minutach wysiadamy na stacji Oktogon. Jeśli interesuje Was tani, smaczny i tradycyjny węgierski obiad, polecam BISTRO OKTOGON naprzeciwko wspomnianego wcześniej Terror Haza. To coś na zasadzie Jesz ile chcesz – płaci się za osobę. Po obiedzie pora na dalszy spacer po Andrassy ut, tym razem w przeciwnym kierunku. Obierając tę trasę możecie zobaczyć:

#6 WĘGIERSKĄ OPERĘ.

To kolejny przepiękny budynek w tym mieście. Jeśli macie wystarczająco dużo czasu to powinniście zajrzeć też do wnętrza, które zrobi nas Was ogromne wrażenie (nie dopuszczam innej opcji). Możecie też zapoznać się z repertuarem, klikając tutaj.

#7 BAZYLIKĘ ŚWIĘTEGO STEFANA

Nasza orientacja w terenie sprawiła, że pominęłyśmy ją podczas zwiedzania. Jest niedosyt. Proponuję Wam nie pomijać tego punktu podczas spaceru po Budapeszcie. To największa i chyba najładniejsza świątynia Węgrzech (wnioskując po zdjęciach).

#8 WIELKĄ SYNAGOGĘ, 

również pominęliśmy podczas naszego zwiedzania. No nic, przynajmniej mamy powód, aby tam wrócić. Takich powodów jest sporo, więc możliwe, że wkrótce znów się tam pojawimy.

#9 PARLAMENT

Tak dla odmiany, nie przegapiłyśmy go. Zresztą trudno byłoby pominąć najpiękniejszy i najbardziej reprezentacyjny symbol Węgier. Budynek powstał w wyniku połączenia trzech węgierskich miast – Budy, Pesztu i Obudy. Trzy miejscowości od 1873 roku tworzą miasto Budapeszt. Skoro powstało nowe miasto to wypadało też zainwestować w jakąś pokaźną siedzibę, którą stał się węgierski parlament. Jeśli odwiedziliście Londyn to być może dostrzeżecie jakieś podobieństwa do brytyjskiego parlamentu. Te skojarzenia nie są bezpodstawne – architekt stworzył projekt węgierskiej siedziby rządu, czerpiąc inspirację z tego w Londynie.

Na materiałach raczej nie oszczędzano – do budowy zużyto ponad 40 kilogramów złota. Jak to zwykle bywa, koszt ostateczny okazał się dwa razy większy od planowanego, a głównym winowajcą była rzeka Dunaj. Podmokłe tereny sprawiły, że najpierw trzeba było odpowiednio osuszyć i (kosztownie) przygotować teren zanim rozpoczęto budowę.

IMG_5665

18 tysięcy metrów kwadratowych mieści w sobie 691 pokojów, 13 wind, 27 wejść i 29 klatek schodowych. Mimo ogromu budowli, trasa zwiedzania nie zajmuje zbyt wiele czasu. Turyści odwiedzający parlament zwykle spędzają w nim niecałą godzinę. Dzieje się tak, ponieważ zainteresowanym udostępniono niewielki obszar. Gdyby mieli dostęp do wszystkich pomieszczeń to podejrzewam, że na zwiedzanie nie wystarczyłby nawet wypad na weekend. Wstęp do wnętrza dla obywateli Unii Europejskiej wynosi 2200 HUF. Wszelkie informacje dotyczące możliwości zwiedzania go z przewodnikiem (a także informacje na temat języka, w jakim dostępne jest oprowadzanie) można znaleźć tutaj. Polecam na tej stronie kupno biletów przez Internet – w ten sposób zawsze uda Wam się zaoszczędzić trochę czasu i spędzić go znacznie lepiej niż w długiej kolejce do kas. 

WARTO zainteresować się wieczornymi rejsami po Dunaju, dzięki którym możecie podziwiać oświetlony budynek Parlamentu od strony rzeki. Ceny za takie atrakcje nie są zbyt wygórowane – półtorej godziny nocnego rejsu statkiem z kolacją i lampką wina będzie Was kosztować 90 złotych. Bilety można zakupić m.in. tutaj.


DZIEŃ TRZECI: Parlament – buty nad Dunajem – Most Łańcuchowy – Sikló i Wzgórze Zamkowe – Zamek Królewski – Baszta Rybacka – Kościół Macieja – Labirynt – degustacja asortymentu tamtejszych barów. 

Pora na zwiedzanie części miasta, należącej do dawnej Budy. Rozpoczynamy od ponownych odwiedzin Parlamentu. Przy promenadzie w bliskiej odległości od siedziby rządu węgierskiego spotkacie się z nietypowym i przejmującym pomnikiem…

#10 BUTY NAD DUNAJEM,

który poświęcono ofiarom holocaustu. Składa się z odlewów kilku par butów. Należały do osób, które w tym miejscu zostały rozstrzelane, a ich ciała powpadały do rzeki. Pomnik uda Wam się zlokalizować bez problemu, z prostej przyczyny. Nad butami zazwyczaj stoi gromadka turystów, jak widać na poniższym zdjęciu. 

Lecimy dalej, w kierunku…

#11 MOSTU ŁAŃCUCHOWEGO 

Łączący dwie części stolicy węgierskiej – Budę oraz Peszt. Jego budowę ukończono w 1849 roku. Pomysłodawcą powstania przepięknego połączenia dwóch części miast był polityk Istvan Szechenyi, który… nigdy po nim nie przeszedł. Jego kaprys jest uzasadniony. Podczas uroczystego podwieszania łańcucha części mostu pospadały na gości, którzy zaliczyli przez to nieplanowaną kąpiel w Dunaju. Jednym z nich był właśnie Istvan Szechenyi.

Długość Mostu Łańcuchowego wynosi 390 metrów. Pod koniec II wojny światowej żołnierze Wermahtu wysadzili go w powietrze (zachowały się jedynie filary). Po wojnie jego odbudowa stała się pierwszorzędnym celem władz. W listopadzie 1949 roku znów można było po nim spacerować.

IMG_5561

Kierujemy się na Wzgórze Zamkowe, widoczne na drugim planie:

19d

Zgodnie z zasadą Co za dużo, to niezdrowo, unikamy spaceru i jakiegokolwiek ruchu, korzystając z kolejki:

#12 SIKLÓ

dzięki której dostaniemy się na górę znacznie szybciej. Kursy odbywają się co 10 minut. Sikló powstała w 1870 roku. Nie oszczędzono jej podczas wojny. Po kompletnym zmieceniu jej z powierzchni ziemi, została zrekonstruowana i obecnie widnieje na Światowej Liście Dziedzictwa UNESCO. Godziny kursów: codziennie od 7:30 do 22:00. Bilet w jedną stronę – 1200 HUF. Bilet w dwie strony – 1800 HUF (dzieci 3-14 lat: 700 HUF w jedną stronę, 1100 HUF w dwie strony). 

444
Widok na miasto podczas wjeżdżania kolejką na Wzgórze Zamkowe

Będąc już na…

#13 WZGÓRZU ZAMKOWYM

mogłyśmy podziwiać najpiękniejszą panoramę na miasto. Mieści się na nim Zamek Królewski, baszty i ogrody. To miejsce doceniło nie tylko UNESCO. W przeszłości wzgórze stanowiło doskonały punkt strategiczny dla węgierskich władców, którzy stawiali tam swoje rezydencje. Mimo świetnego położenia, tamtejsze budynki zniszczono podczas II wojny światowej. Obecnie można obejrzeć ich przepiękne, choć nie do końca skrupulatne rekonstrukcje.

IMG_20160305_145635

Wygląd okazałego czternastowiecznego #14 ZAMKU KRÓLEWSKIEGO

również odbiega od oryginalnego wyglądu. W XVI wieku Turcy zagarnęli go, tworząc wewnątrz arsenał, który wybuchł. Pozostawili po zamku jedynie pył i zaledwie kawałek średniowiecznych murów obronnych We wnętrzu mieści się Muzeum Historii Budapesztu oraz Węgierska Galeria Narodowa z punktem widokowym na kopule. Warto też wspomnieć o fontannie przy zamku, przedstawiającej polowanie Korwina. Nie chodzi jednak o pretendenta do tronu polskiego w naszym kraju, a o króla Węgier Macieja Korwina. Wstęp do wnętrza zamku jest płatny (1300 HUF). Godziny otwarcia: od marca do października 10:00 – 18:00, w pozostałe miesiące w godzinach 10:00 – 16:00. Zamknięte w poniedziałki. Można pospacerować na dziedzińcu zamkowym bez żadnych opłat – my skorzystałyśmy z tej opcji, pomijając wejście do wnętrza zamku.

777IMG_5615

Kolejne miejsce w dzielnicy zamkowej, z którego roztacza się przepiękny widok to 

#15 BASZTA RYBACKA

Niektórzy twierdzą (albo może tylko ja), że budowla przypomina bajkowy zamek z Disney’a. Wygląda na średniowieczną fortyfikację, ale wybudowano ją na przełomie XIX i XX wieku. Baszta Rybacka powstała w ramach obchodów tysiąclecia Państwa Węgierskiego. Siedem wieżyczek symbolizuje mitycznych wodzów madziarskich. Częścią bastionu jest pomnik pierwszego króla węgierskiego – Świętego Stefana. Geneza nazwy tego miejsca jest zagadką, choć istnieje kilka logicznych wyjaśnień, które nie zostały potwierdzone. Pierwszym powodem nadania takiej nazwy jest dawny targ rybny, który w przeszłości znajdował się na terenie baszty. Inna teoria głosi, że w czasach wojny miejscowi rybacy bronili tam miasta. Wejście na teren baszty jest płatne od marca do października: 600 HUF (300 HUF – ulgowy). 

IMG_20160305_152006IMG_20160305_152735

W bliskim sąsiedztwie znajduje się #16 KOŚCIÓŁ MACIEJA.

Mimo, że w nazwie świątyni pojawia się imię Maciej (chodzi o wspomnianego wcześniej Korwina, który dwukrotnie brał tam ślub), oficjalnie jest to kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Koronacje sprawiły, że jego ranga znacznie wzrosła. Mimo, że odbyło się tam wiele znaczących wydarzeń, świątynia nie miała łatwej przeszłości. W czasie okupacji tureckiej stała się meczetem. Wielokrotnie niszczono ją podczas walk, wojska niemieckie przerobiły ją sobie na kuchnię polową, zaś Armia Czerwona nadała jej jeszcze gorszą, dość niesubtelną rolę stajni i latryny. Na dokładkę, w XVIII wieku dotknął ją pożar, spowodowany uderzeniem pioruna.

Widząc Kościół Macieja w czasach powojennych z pewnością stwierdziłabym, że tylko szaleniec mógłby podjąć się jego odbudowy. Początkowo władze komunistyczne podzielały moje zdanie, ale w ostateczności rozpoczęto pracę nad przywróceniem jego dawnej świetności. Mimo, że większa część świątyni to rekonstrukcja, wygląd budynku zachwyca. Wstęp do kościoła jest płatny (podczas mszy wierni mogą wejść do kościoła bezpłatnie), bilet normalny 1500 HUF, studenci i seniorzy płacą 1000 HUF. Za dodatkową opłatą można też wejść na wieżę (ceny takie same, jak w przypadku wejścia do wnętrza świątyni). 

IMG_5617IMG_5636

Spacerując po Wzgórzu Zamkowym, wpadnijcie do #17 LABIRINTH

Jest to kompleks podziemnych grot, które były kiedyś wykorzystywane przez mieszkańców jako piwnice, magazyny i schrony podczas wielokrotnych ataków wroga. Półtora kilometra podziemi w latach 80-tych XX wieku przekształcono w ciekawą atrakcję turystyczną. wstęp; 2500 HUF, zwiedzanie możliwe jest codziennie od 10:00 do 19:00. 

Trzeci dzień zakończyłyśmy wieczornym spacerem po Wzgórzu Zamkowym i ponowną, choć tym razem pożegnalną degustacją asortymentu budapesztańskich barów.

1
Budapeszt wieczorną porą? 10/10

CO JESZCZE WARTO ZOBACZYĆ?

Jeśli planujecie dłuższy wypad w tamte strony lub nie gubicie się z mapą w ręku, przez co możecie zobaczyć więcej ciekawych miejsc, polecam kilka innych miejscówek:

  • Góra Gellerta – myślicie, że tylko USA ma swoją Statuę Wolności? Nasi węgierscy bracia również posiadają swoją (choć trzeba przyznać, że jest ona „nieco” mniej popularna od amerykańskiej). Taka Statua góruje nad Budapesztem na górze Gellerta – kolejnym świetnym miejscu widokowym.
  • Wyspę Małgorzaty można opisać jednym słowem – rekreacja. Nie byłabym jednak sobą, gdybym ograniczyła się zaledwie do tego wyrazu: od XIX wieku było to ulubione miejsce zakochanych. Ich romantyzm ostudzono wysokimi opłatami za wstęp w czasach II wojny światowej. Obecnie znajduje się tam wiele parków, luksusowych hoteli i źródeł termalnych. Jest też kasyno, ogrody różane i teatr uliczny (oferujący możliwość obejrzenia sztuki teatralnej w sezonie letnim). Warto też wspomnieć o kaplicy Norbertanów z XV-wiecznym dzwonem umieszczonym w romańskiej wieży.
  • Hala Targowa w sąsiedztwie Mostu Wolności to trzy piętra stoisk, sklepików i restauracji, zamkniętych w budynku o stalowej konstrukcji, który powstał pod koniec XIX wieku. Znajdziecie tam różne odmiany węgierskiej papryki, szafran, warzywa, owoce oraz wiele tradycyjnych wyrobów z Węgier, które doskonale sprawdzą się jako pamiątki dla znajomych i rodziny. Uprzedzam, że wizyta w tym miejscu i możliwość zabrania ze sobą jedynie bagażu podręcznego nie sprawdzi się już tak doskonale.

Pozostając w temacie pamiątek: można też zakupić powietrze z Budapesztu, które stało się hitem w sklepikach turystycznych:

PODSUMOWUJĄC:

Od niedawna na Węgrzech krąży pewien slogan turystyczny: Rzymianie zostali u nas 400 lat, Turcy 150, Rosjanie 50 – a ty? Na ile się u nas zatrzymasz? Dobre, aczkolwiek nie wiem czy jest to aż tak trafione. To „zatrzymanie się” wspomnianych nacji nie zawsze wychodziło miastu na dobre. Pozostawiło po nich jednak sporo pamiątek, które w ostateczności sprawiły, że Węgry to niesamowicie ciekawa mieszanka kulturowa, którą warto poznać podczas weekendowego wypadu. Mam nadzieję, że obie części sporządzonego przeze mnie przewodnika po Budapeszcie pomogą Wam zorganizować wyjazd w te strony. Jeśli treści okażą się przydatne lub jeśli polecacie inne ciekawe miejsca w stolicy Węgier, które pominęłam we wpisie to koniecznie dajcie znać w komentarzu!

Większość zdjęć, które możecie obejrzeć we wpisie jest autorstwa JULI – naszej oficjalnej Pani Fotograf. Dzięki niej po raz pierwszy mam sporo zdjęć z wyjazdu – choć nie wiem, czy można to uznać za plus dla czytelników. 

Reklamy

Budapeszt – praktyczny przewodnik

Mówi się, że kto nie był nad Balatonem, nie był na Węgrzech. Dopuszczam też możliwość, że mówi tak jedynie moja mama. W odpowiedzi na to mogłabym po prostu stwierdzić, że nie było mnie na Węgrzech i zakończyć wpis, ale zaryzykuję i przedstawię Wam relację z trzydniowego wypadu do Budapesztu. Spośród wielu pięknych miejsc w tym kraju udało mi się odwiedzić jedynie stolicę. Mam nadzieję, że kiedyś pojadę jeszcze nad Balaton, a tymczasem zapraszam do poczytania praktycznego przewodnika po Budapeszcie.

O CZYM WARTO WIEDZIEĆ? 

Mimo tylu sąsiednich państw o zróżnicowanej kulturze, Węgrzy czują się otoczeni przez samych swoich. Po I wojnie światowej utracili 70% terytorium w ramach traktatu w Trianon. Żal z powodu tego, co się stało do dziś przewija się w w węgierskiej kulturze.

Pozostając w nostalgicznym klimacie – znacie utwór White Dove grupy Scorpions? Jeśli nie kojarzycie go po tytule, tutaj możecie sprawdzić o jaką piosenkę chodzi. Po usłyszeniu melodii z pewnością wielu z Was zareaguje podobnie do mnie (czyt. aaaaaa to jest to!!!). Wykonanie słynnej grupy rockowej odniosło znacznie większy sukces niż węgierski zespół Omega, który stworzył ten utwór. Tytuł oryginalnej piosenki jest nieco bardziej skomplikowany niż angielska wersja: Gyöngyhajú lány (tłum. Dziewczyna o perłowych włosach). Oryginału możecie posłuchać tutaj (dla niecierpliwych – od 0.32).

Népkerti_pálya,_Jubileumi_Rockfesztivál,_az_Omega_együttes_koncertje,_Kóbor_János_(Mecky)._Fortepan_10914
Grupa Omega na koncercie, autor zdjęcia: Urbán Tamás, licencja, Wikimedia Commons

POLAK, WĘGIER, DWA BRATANKI? CZYM ZASKOCZĄ CIĘ WĘGRY? 

Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát! Nie, nie usiadłam na klawiaturze. Powyższe słowa to słynne powiedzenie: Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki. Zażyła przyjaźń dwóch narodów 23 marca obchodzi nawet swoje święto. Czy faktycznie jesteśmy do Węgrów tak podobni, jak wynika to ze znanego przysłowia? 

Jeśli chodzi o język, to podobieństw raczej brak. Zapewne wiele razy usłyszeliście, że polski jest najtrudniejszym językiem świata. Patrząc na węgierski, nie byłabym tego taka pewna. Jeśli ktoś chciałby rozpocząć naukę i przyswoić sobie słówka w języku naszych braci, zawsze warto je zapamiętywać na zasadzie skojarzeń. Tylko w jaki sposób można skojarzyć sobie Lengyelország, oznaczające Polskę?

IMG_5525
W takim składzie stawiałyśmy czoła językowi węgierskiemu. Wielokrotnie kończyło się to niepowodzeniem.

WĘGIERSKIE ZWYCZAJE:  

Spotykając się z Węgrami przydatne może okazać się słówko egészségére. Zapewne wszyscy z Was domyślają się, że chodzi o Na zdrowie! Ale spokojnie, podczas czekania na odwzajemnione stuknięcie się szklanką piwa z Węgrem będziecie mieć dużo czasu na przypomnienie sobie tego słówka. W sumie to wieczność – Węgrzy nie wznoszą toastów piwem. Jedna z legend głosi, że w 1848 roku austriaccy żołnierze pozbawili życia 13 węgierskich żołnierzy, wznosząc toast po każdej egzekucji. Stąd unikanie tego do dnia dzisiejszego. Niemniej jednak, Ildikó (Węgierka, będąca moim doskonałym źródłem informacji) nie łączy braku takiego zwyczaju z tą legendą. Nie potrafi wyjaśnić dlaczego nie ma tam toastów. Po prostu, nie ma i już.

Pozostając przy temacie toastów (a właściwie to przy ich braku), warto też wspomnieć o zwyczajach na węgierskim weselu. Otóż beztroską zabawę panny młodej podczas szczególnej imprezy przerywa… porwanie jej przez członków rodziny. Pan Młody – chcąc odbić małżonkę – wykonuje zadanie wymyślone przez porywaczy. Ildikó wspomina, że jej brat nieprzerwanie przez dwie minuty musiał prawić komplementy teściowej.

Miłe słowa pod adresem teściowej z pewnością padają również w Wigilię. Na Węgrzech jest to Dzień Miłości. Tego dnia, podczas ewentualnego zderzenia się z samochodem z Twojej winy być może unikniesz ocenzurowanej wiązanki słów ze strony kierowcy uszkodzonego pojazdu. W Wigilię wszyscy na Węgrzech są dla siebie mili i darzą się uśmiechem. Oczywiście warto nadmienić, że prawdopodobieństwo uniknięcia niemiłej konfrontacji maleje wraz ze wzrostem ceny samochodu.

Nowy Rok na Węgrzech jest dniem lenistwa. Zgodnie z tradycją, nie wykonuje się wtedy żadnych prac. Bynajmniej nie chodzi tu jedynie o kaca odpoczynek po zabawie sylwestrowej. Węgrzy uważają, że jaki Nowy Rok, taki cały rok. W celu uniknięcia ciężkich 365 dni, 1 stycznia ograniczają wypełnianie swoich obowiązków do minimum.

Węgrzy wręczają prezenty kobietom 1 maja. Z tą małą różnicą, że u nas wręcza się kwiaty, a u nich… ozdobione wstążkami majowe drzewka. Można powiedzieć że dziewczyny otrzymują je wtedy, gdy ich związek z chłopakiem to coś więcej niż status na facebooku. Z okazji 1 maja dziewczyny mogą też otrzymać od chłopaków kosze. Jakkolwiek to nie zabrzmi, taki prezent to wyraz największej sympatii.

32472027_10214306087639922_4043086989010927616_n
Kosz, który otrzymała od swojego chłopaka Ildikó – najlepsze źródło informacji o Węgrzech

WALUTA: 

Oficjalną jednostką monetarną na Węgrzech jest forint. Być może sympatia do tego kraju spowodowana jest tym, iż Polacy mogą poczuć się w nim jak prawdziwi milionerzy… dopóki nie zainteresują się przelicznikiem walut. 1000 HUF to niecałe 14 złotych. Osoby chcące zamieścić reklamy nieruchomości muszą mieć rozmach w szukaniu billboardów. Współczuję też ekspedientkom w sklepach, liczących te wszystkie zera każdego dnia podczas raportu kasowego. Ilość zer w latach 20-tych XX wieku najwyraźniej okazała się niewystarczająca. Wprowadzono wtedy walutę Pengo, która posiadała takie banknoty jak skromne 100.000.000.000.000.000.000. Warto też dodać, że 1 forint dzielił się na 100 fillery. Jak się jednak domyślacie, nie należały one do użytecznych i w 1999 roku wycofano je z obiegu.

KIEDY WARTO SIĘ TAM WYBRAĆ?

20 sierpnia Budapeszt odwiedzają nie tylko turyści. Tysiące Węgrów również pojawia się w tym czasie w stolicy. To wspomnienie Świętego Stefana – pierwszego tamtejszego koronowanego króla. To także oficjalne pożegnanie lata. Obchody rozpoczynają się od Mszy Świętej w Bazylice Św. Stefana i procesji z jego relikwiami, w której biorą udział głowy państwa. Po oficjalnej części czas na koncerty, parady lotnicze i wodne oraz pokazy fajerwerków. Lubicie kiedy dużo się dzieje i nie przeszkadzają Wam tłumy? Kupujcie bilety i rezerwujcie hotele na dwudziestego!

IMG_5615
Mimo jednej wielkiej imprezy 20 sierpnia jestem pewna, że Budapeszt spodoba się Wam o każdej porze roku – tak jak nam!

JAK DOSTAĆ SIĘ DO BUDAPESZTU?

AUTOBUSEM: Polecam, jeśli komuś nie przeszkadza kilkanaście godzin podróży, które wynagradza niski koszt biletu. Przejazd z wielu polskich miast oferuje Flixbus. Można też skorzystać z usług Ecolines (który proponuje przejazd do stolicy Węgier z Warszawy lub z Krakowa). Dojazd z dworca kolejowego do centrum: Większość autobusów zatrzymuje się obok dworca kolejowego Kelenfold. W pobliżu znajduje się ostatni przystanek linii metra M4, który zabierze Was do centrum. Więcej informacji o metrze pojawi się w dalszej części wpisu. 

POCIĄGIEM: Odradzam. Po pierwsze, ceny za przejazd to jakiś kosmos. Po drugie, ilość godzin spędzonych w podróży sprawi, że na serio poczujecie się jak w drodze na inną planetę. Dotarcie w ten sposób do Budapesztu polecam jedynie niespełnionym kosmonautom lub osobom, które przybędą do stolicy Węgier z miast/państw położonych bliżej Budapesztu niż nasza Polska.

SAMOLOTEM: Najwygodniej i często również… najtaniej! WizzAir i Ryannair oferują loty w przystępnych cenach. Aby znaleźć najdogodniejsze połączenie warto skorzystać z wyszukiwarki eSkyDojazd do centrum: Lotnisko Liszt Ferenc oddalone jest o 16km od centrum miasta. Niedawno pojawiło się nowe połączenie autobusowe 100E, które zapewnia transport z lotniska do Deak Ferenc ter. Bilet (zakupiony w automatach, u kierowcy lub w kasach) kosztuje 900HUF. Niech Was nie przestraszy ta suma – to niecałe 13zł. Autobus z lotniska kursuje codziennie od 5:00 do 00:30, zaś na lotnisko od 4:00 do 23:30 (co 30min w obie strony). Istnieją też inne sposoby dojazdu, ale ta opcja wydaje mi się najlepsza – niedrogo i bez przesiadek.

lot

JAK PORUSZAĆ SIĘ PO MIEŚCIE?

Zachęcam do zaopatrzenia się w aplikację Maps Me. To nawigacja, która działa bez połączenia z Internetem (potrzebujemy go jedynie w celu pobrania mapy danego miejsca). Dzięki niej można z łatwością namierzyć pobliskie atrakcje, bary, muzea, supermarkety i bankomaty. Polecam też stronę internetową BKK Futar, która pomoże Wam odnaleźć właściwy transport i zorganizować logistycznie cały wyjazd. To taki węgierski odpowiednik polskiego jakdojade.pl.

Budapeszt był miejscem spotkania naszej grupki złożonej z Polek, Czeszek i Słowaczek. Przed wyjazdem nie widziałyśmy się od kilku dobrych miesięcy. Będąc w Budapeszcie zagadywałyśmy się na śmierć i każda próba dojścia do obranego przez nas celu kończyła się dotarciem tam z opóźnieniem. No, ale było wesoło.

Mimo komplikowania sobie trasy zawsze docierałyśmy tam, gdzie chciałyśmy. To niezbity dowód na to, że poruszanie się po Budapeszcie jest dziecinnie proste, nawet jeśli nie bardzo przykładacie się do orientacji w terenie. Udało nam się zrealizować większość założonych punktów wycieczki, ale ze względu na notoryczne pomijanie wskazówek nawigacji dojście do celu zajmowało nam znacznie więcej czasu. Ażeby zobrazować powód nazwania naszej grupy Making circle team, załączam mapki:

trasa normalnego człowieka
Trasa normalnego człowieka, który przykłada uwagę do tego, w którą stronę powinien się udać.
Making circles team
Genialne my, zajęte rozmową.

Aby zobaczyć bardziej oddalone miejsca warto skorzystać z drugiego najstarszego metra na świecie (zaraz po Londynie). Linie kolei podziemnej tworzą przejrzystą siatkę i doskonałą atrakcję turystyczną. Niektóre linie do dziś posiadają urocze i zabytkowe (żeby nie powiedzieć stare) wagoniki, przypominające o roku powstania kolejki (1894). Taka przejażdżka niewskazana jest po obiedzie – oprócz rozważań na temat tego, czy uda się dojechać do celu, najstarsza linia wytrzęsie z Was cały posiłek. Podczas komunikatu o zamknięciu drzwi i zakazie wsiadania po sygnale (które w tym języku brzmi co najmniej jak przeczytanie tekstu zaszyfrowanego enigmą) spodziewajcie się gwałtownego szarpnięcia, które oznacza próbę wprowadzenia w ruch starych wagonów metra. Co więcej, jeśli spotkacie w najstarszym składzie znajomych, w trakcie hamowania motorniczego raczej sobie z nimi nie porozmawiacie. Zatrzymywanie wagonów w budapesztańskim metrze jest dość głośnym procesem. Nie można jednak odmówić tamtejszej kolei podziemnej specyficznej i niepowtarzalnej atmosfery! Taka przejażdżka to podróż w czasie. Jeśli kogoś zainteresował temat tego środka transportu, polecam węgierski komediodramat Kontrolerzy.

Ceny biletów:

  • jednorazowy – 350 HUF (5zł),
  • przesiadkowy – 530 HUF (7,50zł),
  • całodobowy – 1650 HUF (25zł),
  • bilet na 72h – 4825  HUF (65zł),
  • siedmiodniowy – 4950 HUF (70zł),
  • plik 10 jednorazowych – 3000 HUF (44zł).

Można je zakupić w automatach na przystankach lub w kioskach. Te same bilety obejmują przejazdy autobusem i tramwajem. Pamiętajcie o skasowaniu biletu! Nie chowajcie go głęboko w plecaku – przy wyjściu z metra często będą Was zatrzymywać kontrolerzy. Nie wiem czy taka obstawa była spowodowana ilością zapłaconych przeze mnie mandatów i moim szczęściem do Panów Kanarów czy po prostu tak bardzo pilnują tego w Budapeszcie.

!!!!
mapa metra w Budapeszcie, źródło: Wikimedia commons, domena publiczna

Ciekawym środkiem transportu są promy, które pływają po Dunaju. Więcej informacji na ich temat pojawi się w atrakcjach miasta. Połączenie bycia atrakcją turystyczną, a zarazem środkiem transportu nie ogranicza się jedynie do tamtejszych promów czy też drugiego najstarszego metra. Warto zwrócić uwagę na zabytkowe tramwaje linii o numerze 2 (na poniższym zdjęciu). Ich trasa biegnie wzdłuż Dunaju, oddalając się od jego wód tylko na moment, aby okrążyć przepiękny budynek parlamentu.

IMG_5553

GDZIE NOCOWAĆ?

Jeśli interesują Was tanie pokoje wieloosobowe, polecam położony przy Oktogonie AVENUE HOSTEL. Koszt noclegu w pokoju 8-osobowym ze śniadaniem wynosi 80zł (poniższe zdjęcia pochodzą ze strony hostelworld.com). Plusy tego obiektu? Mnóstwo. Pokoje są schludne, wszędzie jest naprawdę czysto. Hostel znajduje się w samym centrum miasta. Cena za taki nocleg jest niewielka. Minusy? Poza obiektem hotelowym w budynku są też mieszkania. Hałasy na patio nie wchodzą w grę. Nasze głośne rozmowy kończyły niezadowolone sąsiadki. No ale trzeba przyznać, że dyskusje piątki dziewczyn, które nie widziały się od kilku miesięcy raczej nie należały do najcichszych. Zwłaszcza te wieczorne. Po dokonaniu rezerwacji poprzez ten link i zakończeniu pobytu otrzymacie 50zł na Wasze konto. W zamian za to, na moje konto również wpłynie 50zł  – z góry dzięki!

CO ZJEŚĆ I WYPIĆ W BUDAPESZCIE?

Ze względu na ograniczony budżet (nic nowego) nie chadzałyśmy sobie zbyt często do restauracji. Zazwyczaj robiłyśmy zakupy w pobliskich marketach. Często kupowałyśmy coś podczas spaceru po mieście na przeróżnych stoiskach. Wbrew pozorom nie skazało nas to na poznanie kuchni węgierskiej jedynie dzięki Tygodniowi Węgierskiemu w Lidlu. Jedzenie z tamtejszych stoisk zawstydziłoby niejedną restaurację (nie znam się to się wypowiem).

Podczas wizyty w Budapeszcie na pewno warto spróbować langosza. To rodzaj placka drożdżowego, który można porównać do słonego pączka. Najczęściej podaje się go z żółtym serem i sosem czosnkowym. Spróbujcie też gulaszu na czerwonym winie, zupy gulaszowej, a także węgierskiego leczo. Jednym z wielu dań kuchni węgierskiej jest nadziewana papryka z ryżem i mięsem mielonym oraz zupa wiśniowa. Jak widzicie, potrawy te brzmią znajomo, a kuchnia węgierska raczej nie stanowi egzotyki dla Polaków. Jako, że moje powiązanie z kuchnią nie powala na kolana, osoby chcące poznać więcej konkretów powinny zajrzeć do książki „Smak Węgier” autorstwa Roberta Makłowicza.

Nie sposób nie wspomnieć o Turo Rudi. To węgierski batonik czekoladowy, który swoją rangą odpowiada Ptasiemu Mleczku w Polsce. Dowodem na to jest wprowadzenie tam sławnych lodów McFlurry z McDonald’s o smaku Turo Rudi. Turo po węgiersku oznacza twaróg, stąd nazwa słodyczy. Składa się z białego sera oblanego masą kakaową. Właściwie to ciężko jest opisać ten smak. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, jest słodki, a jednocześnie kwaśny. Początkowo opinie ekspertów na jego temat były wręcz chwalebne. Nazywano go zdrową przekąską. Późniejsi badacze, którzy przestudiowali jego skład nie byli już tak przychylni jak ich poprzednicy. Nie spodobało im się wykorzystanie do produkcji batoników tłuszczy trans. Najbardziej zbliżoną wersją Turo Rudi dostępną w Polsce jest baton Danio.

800px-Turo_Rudi_-_Broken_in_half
źródło: Gargaj/Conspiracy, Wikimedia Commons

Jedzenie jedzeniem, ale co wypić w Budapeszcie? Pozwólcie, że pominę kwestię dotyczącą win, które produkuje się m.in. w Miskolcu czy Tokaju i skupię się głównie na stolicy. Najpopularniejszym trunkiem, które równie dobrze mogłoby nosić nazwę węgierska tradycja jest Palinka. To mocny alkohol (minimum 37%), który klasyfikuje się jako brandy. Węgierskie powiedzenie głosi, że jeśli można z czegoś zrobić dżem, to można też z tego zrobić palinkę. Cała prawda – trunek produkuje się w stu procentach z owoców (śliwki, morele, pigwy, jabłka), bez pomocy spirytusu. Pozostając w temacie Palinki, po wieczorze z tradycyjnym węgierskim trunkiem następnego dnia możecie poczuć macskajaj – węgierski odpowiednik słowa kac, które w dosłownym tłumaczeniu oznacza koci lament.

Najpopularniejszym składnikiem tamtejszej kuchni węgierskiej, którego nie może zabraknąć w żadnym domu jest papryka. Dodaje się ją praktycznie do wszystkiego… mięs, zup, ryby, wędlin, a nawet ciast. Jedna z tamtejszych odmian jest sto razy ostrzejsza od sławnej chili. Uwielbia się ją na Węgrzech do tego stopnia, że ma ona swoje święto. Co roku we wrześniu w miejscowości Kalocsy odbywa się Paprykobranie. Konkretnym przykładem na przywiązanie do tego warzywa jest fakt, iż w XIX wieku pojawiła się nawet gazeta o nazwie Papryka segedyńska, w której publikowano treści związane jedynie z papryką…

ŻYCIE NOCNE: 

W tym podrozdziale można zauważyć smykałkę do biznesu oraz spryt, jakim wykazała się ta nacja. Miejsca z obdrapanymi ścianami o wątpliwej estetyce zazwyczaj nie stanowią atrakcyjnego punku na mapie z perspektywy turysty. Otóż nie w Budapeszcie. Właściciele trzydziestu barów stworzyli z wielu nieciekawych ruin miasta klimatyczne miejsca na wieczorny wypad. Najsławniejszym ruinowym pubem jest SZIMPLA, zajmująca trzecie miejsce w rankingu najlepszych barów na świecie (według Lonely Planet). Z kolei największym klubem w ruinie (jakkolwiek to nie zabrzmiało, lokal ma się bardzo dobrze) jest INSTANT, posiadający 7 barów i dwa ogródki. Jeśli ktoś szuka konkretnego miejsca do potańczenia, zdecydowanie powinien pojawić się w FOGAS lub MORRISON’S 2.

Jeśli nie narzekacie na brak funduszy, klikając tutaj możecie zafundować sobie pub crawling – wycieczkę po pubach. Koszt wynosi 17 euro/osoba lub 5000 HUF/osoba. W cenę wliczono odwiedziny ponad pięciu barów, darmowe drinki przez godzinę, wiele gier i zabaw. Wiadomo, nie będzie gry w chińczyka, chodzi raczej o zabawy dotyczące związków organicznych, zawierających jedną lub więcej grup wodorotlenowych OH z wyjątkiem fenoli (alkohol).

CO ZOBACZYĆ W BUDAPESZCIE PRZEZ WEEKEND?

Spodziewajcie się obszernej odpowiedzi na to pytanie. W kolejnym wpisie skupię się na atrakcjach, jakie oferuje odwiedzającym Budapeszt. Zachęcam do ponownych odwiedzin bloga w krótkim czasie, aby poczytać o tym, co można zobaczyć w stolicy Węgier podczas weekendu. Stay tuned! Dziękuję Weronice, jej węgierskiej koleżance Ildikó – będącej niezawodnym źródłem informacji o tym kraju i Juli – towarzyszce wypadu i autorce kilku zdjęć, które pojawią się w większej ilości w drugiej części wpisu o Budapeszcie. 

12828970_10208638020498822_1004646857424780809_o

Weekend w Amsterdamie – co zobaczyć?

Mieszkańcy Amsterdamu nazywają to miasto wielką wioską. Nie bez powodu. Dużo zieleni (tym razem chodzi o drzewa i trawniki, a nie o zaopatrzenie w Coffee Shop), 1280 mostów, ograniczony ruch samochodowy, mnóstwo rowerów i wyluzowani mieszkańcy tworzą niesamowicie sielską atmosferę. W jaki sposób można spędzić tam ciekawie weekend? Jakie atrakcje warto zobaczyć, a które można sobie odpuścić? Odpowiedź znajduje się w niniejszym wpisie. 

Jak dostać się do Amsterdamu? Gdzie nocować? Jak poruszać się po mieście? Co i gdzie zjeść? Kiedy tam pojechać? W jaki sposób jeździ się na rowerze w Amsterdamie? Dlaczego omijam Space Brownie szerokim łukiem? Jak wygląda praca pań uprawiających w tym mieście najstarszy zawód świata? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w poprzednim wpisie.

1454914_10201296698152753_334417833_n

Poniżej opisałam najsłynniejsze atrakcje, które powinniście uwzględnić podczas Waszej wizyty oraz te, które mogą Was rozczarować:

THE ANA FRANK HOUSE:

Rozpocznę od najsmutniejszego miejsca. Jest nim The Ana Frank House, w którym Żydówka Ana ukrywała się ze swoją rodziną podczas II wojny światowej. W dniu 13 urodzin dziewczynka otrzymała od rodziny notatnik. Postanowiła stworzyć z niego pamiętnik – niezwykle poruszającą historię dwuletniego życia w ukryciu, opisaną słowami dziecka. Wydawałoby się, że ma przed sobą jeszcze całe życie. Niestety, czasy wojny brutalnie przerwały jej dzieciństwo. Zanim przeczytałam wspomnienia dziewczynki, spodziewałam się historii przepełnionej cierpieniem. Wiadomo, że ciężko byłoby pominąć je w tym pamiętniku. Niemniej jednak, zdecydowanie przeważa w nim pozytywne nastawienie i ciekawe spostrzeżenia dziecka obserwującego świat przez szybęCzytając go ma się wrażenie, że Ana nigdy nie utraciła nadziei na poprawę sytuacji. To z kolei sprawia, że notatnik porusza jeszcze bardziej. Dziewczynka zakończyła swoje krótkie życie w obozie koncentracyjnym. Spośród jej rodziny przeżył tylko ojciec, który postanowił opublikować wspomnienia córki. Książkę przetłumaczono na 70 języków. Pamiętnik Any Frank doczekał się nawet ekranizacji. Miejsce, w którym ukrywała się wraz z rodziną obecnie udostępniono odwiedzającym. Spacer po jego wnętrzu jest wstrząsającym przeżyciem. To możliwość cofnięcia się w czasie i obejrzenia wszystkich zakamarków, które dziewczynka ujęła w swoim pamiętniku. Smutną atmosferę pogłębiają cytaty Any zaczerpnięte z notatnika, które zamieszczono na ścianach domu.

800px-Diary_of_Anne_Frank_28_sep_1942
Pamiętnik Any Frank, domena publiczna, źródło

Nie zwlekajcie z kupnem biletów! Zainteresowanie muzeum jest ogromne. Niekiedy ciężko jest nabyć wejściówki. Można je zakupić już 2 miesiące przed planowaną wizytą. Chcieliśmy odwiedzić The Ana Frank House podczas drugiej wizyty w Amsterdamie, ale skończyło się jedynie na planach – zabrakło biletów. Ze względu na remont budynku, który potrwa do lipca 2018 roku, wejście możliwe jest tylko za okazaniem biletu zakupionego przez Internet (kupicie go tutaj). Cennik i szczegóły dotyczące godzin otwarcia znajdują się tutaj. Nie planujecie wizyty w Holandii w najbliższym czasie? Możecie poznać to miejsce, odbywając wirtualny spacer

27890991729_dcbc336067_k
The Ana Frank House, autor zdjęcia: Falco Ermert (flickr.com), licencja

VAN GOGH MUSEUM:

To najczęściej odwiedzane muzeum w Amsterdamie. Nie bez powodu! Właściwie to nie muzeum, a galeria sztuki, w której zgromadzono liczne dzieła popularnego malarza i kilka obrazów jego przyjaciół. Najsłynniejszymi malowidłami, które wchodzą w skład ekspozycji są Słoneczniki, Jedzący kartoflePokój van Gogh’a w Arles czy też Kwitnący migdałowiec. Van Gogh cierpiał na zaburzenia psychiczne i napady lękowe. Swoje emocje uwiecznił na obrazach, które pozwalają się z nim utożsamić. Malarz, który w dzisiejszych czasach jest jednym z najsłynniejszych artystów na świecie, zmarł w wieku 37 lat jako nieznana światu osoba. Sławę zyskał dopiero po śmierci. Prawdopodobnie sam odebrał sobie życie. Jego obrazy usytuowano w muzeum w kolejności chronologicznej. Wystawy wzbogacono o liczne informacje, które umożliwiają poznanie jego osobowości i etapów życia. Ekspozycje są naprawdę przemyślane i ciekawie urządzone. Właściwie to sam budynek, w którym mieści się galeria sztuki Van Gogha jest atrakcją, którą warto zobaczyć podczas wizyty w Amsterdamie.

Polecam wybrać się tam z samego rana – w przeciwnym razie spędzicie kilka godzin na ocieraniu się o tłumy turystów. Wstęp do muzeum jest możliwy jedynie po zakupie biletu przez Internet (kupicie go tutaj). Koszt biletu wynosi 18 euro – kwota jest niemała, jednak zdecydowanie warto zainwestować w ten punkt wycieczki! Bilety kupuje się na konkretną godzinę, ale dopuszcza się półgodzinne spóźnienie. Godziny otwarcia muzeum w poszczególne dni podano tutaj. Polecam dorzucić do tej kwoty 5 euro i zaopatrzyć się w audio tour – multimedialny przewodnik po muzeum, który dostępny jest w 11 językach (m.in. w języku polskim). 

museum-1734736_960_7201

RIJKSMUSEUM: 

W holenderskim Muzeum Narodowym możecie obejrzeć m.in. dzieła Rembrandta i Vermeera (m.in. Dziewczyna z perłą). Oprócz 5 tysięcy obrazów, wystawy tworzą również rzeźby, grafiki i rękodzieła. Warto zwrócić uwagę na bibliotekę muzealną. Większość turystów przychodzi tutaj, aby zobaczyć wielki napis iamsterdam, znajdujący się przed XIX-wiecznym budynkiem Rijksmuseum. Usilnie próbują sfotografować się przy którejś z literek, ale zdjęcie bez 23456789 osób w tle graniczy z cudem.

Do muzeum można wpaść codziennie w godzinach 10:00 – 17:00, ale sprzedaż biletów kończy się o 16:30. Aby nie tracić czasu w kolejkach do kasy warto zakupić bilet online (klikając tutaj). Koszt wynosi 17,50 euro (osoby poniżej 18 roku życia wchodzą za darmo). Co ciekawe, 50% zniżki na bilety posiadają klienci banku ING, który był sponsorem przebudowy Rijksmuseum. 

HEINEKEN EXPERIENCE:

To kolejna atrakcja, którą każdego dnia odwiedzają tłumy turystów. Heineken jest piwem, które zdobyło sławę na całym świecie. Swoje początki miało w Amsterdamie. Miejsce, w którym jeszcze 20 lat temu warzono piwo, przekształciło się w spore muzeum. W salach znajdują się interaktywne wystawy, które zaznajomią Was z procesem produkcji. Dowiecie się też sporo na temat historii tej marki i jej początków na rynku. Zwiedzanie kończy się degustacją dwóch piw na tarasie (wliczonych w cenę biletu) z widokiem na miasto.

Bilety można zakupić na miejscu lub przez Internet. Polecam drugą opcję – pozwoli Wam zaoszczędzić godzinę, którą przeznaczylibyście na stanie w kolejce. Po wyborze rodzaju wycieczki, dnia, godziny zwiedzania i stawienia się w Heineken Experience pozostaje Wam uśmiechnąć się do ludzi czekających w kolejce do kasy i rozpocząć zwiedzanie. Koszt biletów: 16 euro/osoba dorosła, 12,50 euro/młodzież w wieku 12-17 lat, dzieci poniżej 12 roku życia mogą wejść do muzeum za darmo. Godziny otwarcia: poniedziałek – czwartek 10:30 – 19:30, piątek – niedziela 10:30 – 21:00 (pamiętajcie, że ostatnie wejście do Heineken Experience możliwe jest najpóźniej 2 godziny przed zamknięciem muzeum). 

35175783593_a4769f2446_k
autor zdjęcia: C. Wosniak (flickr.com), licencja

PLAC DAM I RATUSZ MIASTA

Słysząc o najsławniejszym placu w Amsterdamie spodziewałam się czegoś spektakularnego – być może było to spowodowane nazwą tego miejsca. Ujrzenie go na własne oczy bynajmniej nie było czymś w rodzaju „Taaa Daaaam”. Bez Taaa, po prostu Dam. Słowo to oznacza w języku niderlandzkim tamę. Dodajcie do tego rzekę Amstel przepływającą przez miasto i uzyskacie genezę nazwy Amsterdam. Czy plac imponuje? Owszem, rozmiarem. Wyglądem na pewno nie. Dam Square, do którego przylega Pałac Królewski jest chyba najbrzydszym placem głównym. Wypada – łagodnie mówiąc – dość słabo, w porównaniu do innych placów głównych w europejskich stolicach. Pośrodku niego usytuowano pomnik ofiar II wojny światowej. Mimo, że plac nie grzeszy pięknością, nie brakuje tam turystów – to dobry punkt na rozpoczęcie zwiedzania miasta. Sporo osób wpada tam, aby odwiedzić muzeum figur woskowych.

W 1665 roku w tym miejscu powstał PAŁAC DAM (Pałac na Tamie), który w tamtych czasach zachwycał wszystkich wielkością i przepychem. Budowlę wzniesiono na mokradle – tak jak w przypadku setek innych budynków w tym mieście. Pałac utrzymuje się na 13659 drewnianych palach o długości 20m, które sprowadzono tam z… Polski. Jeszcze do niedawna uczniowie w szkołach musieli znać dokładną ilość pali, które mieszczą się pod nim. Jego wygląd zewnętrzny raczej nie zachwyci, ale wnętrze z pewnością zrobi na Was wrażenie. W 1936 roku po długiej przerwie na pełnienie roli pałacu królewskiego, budynek ponownie stał się ratuszem. Wnętrze pałacu można zwiedzać w godzinach 10:00 – 17:00, cena: 10 euro/osoba dorosła, dzieci i młodzież do lat 17: bezpłatnie. 

Oprócz drewnianych pali utrzymujących ratusz (sprowadzanych głównie z naszego kraju) kolejny polskim akcentem jest HOTEL o nazwie KRASNAPOLSKY z XIX wieku. W 1866 roku Adolf Krasnapolsky postanowił przejąć dość nierentowną polską kawiarnię, którą w późniejszym czasie zamienił w luksusowy hotel. W każdym z pokojów była ciepła woda, a nawet telefon. Tak dobre warunki przyciągały najbogatszych klientów.

1455862_10201296704872921_588521718_n20170620_181919

NIEUWE KERK:

Przy Dam Square zobaczycie też Nieuwe Kerk (Nowy Kościół). Nazwa średnio pasuje do tego budynku – kościół powstał w średniowieczu. To tam odbywały się koronacje królów Holandii – m.in. królowej Beatrix w 1980 roku. Ponadto, w tym miejscu w 2002 roku odbyła się ceremonia zaślubin jej syna. Zanim Pałac Królewski przylegający do Placu Dam zamienił się w ratusz, Nieuwe Kerk był siedzibą władz miasta.

OUDE KERK: 

To z kolei kościół zwany starym, który powstał w XIII wieku. To najstarszy kościół parafialny w mieście, który mieści się w… Dzielnicy Czerwonych Latarni. Jego charakterystycznym elementem jest ośmiokątna dzwonnica. Dawniej był to kościół katolicki. W 1578 roku stał się świątynią protestancką, biurem matrymonialnym, a także archiwum miejskim. Wstęp do kościoła jest płatny, dlatego też pominęliśmy zwiedzanie wnętrza. Dla zainteresowanych: świątynię można zwiedzać od poniedziałku do soboty w godzinach 10:00- 18:00 i w niedzielę od 13:00 do 17:00. Ceny: dorośli – 10 euro, studenci – 7,50 euro, dzieci do lat 13 – bezpłatnie. 

old-church-2800906_960_720

WESTERKERK 

Zdaję sobie sprawę z tego, że odwiedzający Amsterdam raczej nie odbędą zwiedzania szlakiem kościołów, ale nie sposób nie wspomnieć o tym budynku. To przepiękna świątynia z najwyższą wieżą w mieście. Znajduje się w bliskim sąsiedztwie od Domu Anny Frank. W niedziele o 13:00 odbywają się tam koncerty, złożone nie tylko z utworów o tematyce religijnej. W repertuarze często pojawiają się The Beatles.

JORDAAN: 

To kawałek Amsterdamu w sąsiedztwie Westerkerk i domu Anny Frank, który był kiedyś najbiedniejszą dzielnicą. Obecnie jest to jedna z najliczniej odwiedzanych części miasta, przepełniona małymi i krzywymi (o tym nieco później) kamienicami, barami i kawiarniami. Warto wybrać się tam wieczorem i poczuć atmosferę tego miejsca.

street-2669085_960_720

BEGINJHOF:

To swego rodzaju ośrodek, który zamieszkiwały niegdyś kobiety pochodzące z zamożnych rodzin, które nie miały męża. Stworzyły świeckie stowarzyszenie religijne wdów i samotnych kobiet, które funkcjonowało od XII wieku. Jak doszło do powstania zgromadzenia? Podczas wypraw krzyżowych wiele kobiet straciło mężów. Funkcjonowanie wspólnoty i pomoc innym stało się ich nowym sposobem na życie. Beginki ślubowały czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. Zamieszkiwały wspólnotę dobrowolnie i w każdym momencie mogły ją opuścić. Utrzymywały się z własnej pracy (głównie rzemieślniczej) i opiekowały się biednymi. W ciągu dwustu lat rozprzestrzeniły się po całej Europie (m.in. w Polsce – na Pomorzu i Śląsku). Pozostawiły po sobie mnóstwo kościołów i zamków. Najładniejsze beginaże można zobaczyć w Holandii, Belgii i na terenie Niemiec.

amsterdam-2674690_960_720

REJS – AMSTERDAM Z CIEKAWEJ PERSPEKTYWY: 

To najlepsza atrakcja (moim zdaniem), z której można skorzystać, będąc w Amsterdamie. Niestety nie jest ona darmowa, ale są to świetnie zainwestowane pieniądze. Miasto posiada ponad 600 uroczych kanałów. Aby je poznać warto wybrać się na rejs. Poza wejściem na pokład zazwyczaj otrzymuje się audio przewodniki (dostępne m.in. w języku polskim), które przybliżą historię miasta w ciekawy sposób. Ceny rozpoczynają się już od 10 euro. Dzięki koleżance, która zna chyba wszystkich ludzi na świecie (a z pewnością wszystkich w Amsterdamie) udało nam się uniknąć opłaty. Rejs za darmo cieszy jeszcze bardziej, ale skorzystałabym z tej atrakcji nawet jeśli miałabym za nią zapłacić. NAPRAWDĘ WARTO, zwłaszcza po zmroku! Więcej informacji na temat firm oferujących tę atrakcję, a także o kupnie biletów znajdziecie tutaj.

Podczas rejsu spotkacie się z mnóstwem łodzi. Wielu mieszkańców Amsterdamu stworzyło w nich własne domostwa. Ten pomysł pojawił się podczas kryzysu budowlanego po zakończeniu II wojny światowej. Z konieczności mieszkania w miejscu, za które z pewnością płaci się mniejszy czynsz niż w zwykłym budynku, dla niektórych stało się to nowym style życia.  W samej stolicy Holandii jest ich aż 2500! Co ciekawe, każda łódź posiada swój adres.

KRZYWE KAMIENICE:

Jeśli myślicie, że ciasteczka z marihuaną klepnęły, bo domy w Amsterdamie sprawiają wrażenie konkretnie pochylonych, możecie śmiało przyznać się do tego znajomym, którzy wybrali się z Wami na tę ucztę. Gwarantuję, że nie tylko oni odniosą takie wrażenie. W Pizie jest zaledwie jedna Krzywa Wieża, która zyskała sławę na całym świecie, ale to Amsterdam posiada setki takich budynków. Co ciekawe, architekt nie popalał sobie kwiatostanów podczas pracy. Przyczyna pochyłych kamienic nie ma nic wspólnego z zaopatrzeniem w Coffee Shop. Z powodu niestabilnego gruntu należało budować domy na drewnianych palach. Niemniej jednak, drewno w tamtych czasach było niezwykle cennym surowcem i nie każdy mógł sobie pozwolić na sprowadzenie wystarczającej ilości pali, które podtrzymywałyby budynek. Na efekty nie trzeba było długo czekać – odchylenia z powodu braku dostatecznego podtrzymania gruntu obecnie widać gołym okiem.

W XVII wieku Amsterdam był najbogatszym europejskim miastem, czego nie można powiedzieć, patrząc na małe i skromne kamienice z tamtych czasów. Zamożnym kupcom wystarczyło osiedlenie się w znakomitej lokalizacji, która udowadniała ich wysoką pozycję społeczną, bez konieczności zdobienia swojego domostwa. Większość kamienic jest niewielka ze względu na to, że przy wznoszeniu wielkich budynków trzeba było odpowiednio przygotować grunt. Ponadto, podatki nakładane przez władze miasta również zniechęcały do tworzenia okazałych budowli. Jego wielkość zależała od metrażu powierzchni u podstawy – mieszkańcy wykazywali się sprytem i często wychylali ścianę czołową do przodu, tworząc więcej miejsca w górnych częściach domu.

20170620_155655

PODSUMOWUJĄC: 

Mam nadzieję, że wpis przekonał Was o tym, że Amsterdam to miejsce dla każdego. Atrakcje jakie oferuje są naprawdę zróżnicowane i nie ma takiej opcji, aby wypad na weekend do stolicy Holandii należał do nieudanych. Mam nadzieję, że wkrótce sami się o tym przekonacie. Jeśli uważacie, że we wpisie brakuje jakichś informacji i chcielibyście dodać coś od siebie – zachęcam do przekazania Waszych propozycji w komentarzach!

Weekend w Amsterdamie – praktyczny przewodnik

Amsterdam to chyba najbardziej zróżnicowane miasto w Europie. Nie inaczej jest z jego mieszkańcami, którzy przybyli tam z różnych stron świata. Na turystów czekają liczne kanały z przylegającymi do nich wąskimi kamienicami, a zarazem nowoczesna architektura. To miasto ciszy – dzięki sporej ilości rowerów i znikomego ruchu samochodowego, a jednocześnie jednej wielkiej imprezy. Posiada wiele muzeów – począwszy od znakomitego Rijksmuseum, po dość nietypowe… Muzeum Haszu i Marihuany. Stolica Holandii to prawdziwa kopalnia zabytków (jest ich tam ponad 700) oraz pań trudniących się najstarszym zawodem świata (płacących podatki i wykonujących legalnie swoją pracę). Nie brak tam uroczych knajpek i wykwintnych restauracji. Jak zorganizować wyjazd i o czym warto pamiętać? Zapraszam do lektury! 

JAK DOSTAĆ SIĘ DO AMSTERDAMU?

Amsterdam odwiedziłam w czasie wymiany studenckiej w Belgii. Dotarłam tam pociągiem z Antwerpii. Drugi raz wybrałam się tam z koleżanką, również z Antwerpii. Istnieje wiele połączeń autokarowych z Polski, ale spędzenie kilkunastu godzin w autobusie to nic przyjemnego. Wypad na weekend zamieniłby się w weekendowy przejazd – nie wspominając o tym, że ceny biletów lotniczych do Holandii często są znacznie tańsze! Skupię się więc jedynie na lotach. Polecam Waszej uwadze wyszukiwarkę eSky.pl. Na tej stronie możecie wybrać najtańsze i najdogodniejsze dla siebie loty. Można upolować prawdziwe okazje – ceny za bilety w przypadku Wizzair i Ryannair rozpoczynają się już od 39zł!  Oprócz lotniska w stolicy Holandii polecam też przelot do pobliskiego Eindhoven i Groningen, po czym przyjazd pociągiem do Amsterdamu. Wyszukiwarką, która pozwoli Wam wybrać najodpowiedniejszy transport pomiędzy miastami jest GoEuro.

horizon-snow-cloud-sky-view-atmosphere-623544-pxhere.com

KIEDY WYBRAĆ SIĘ DO STOLICY HOLANDII?

Jeśli wolicie tłumy turystów, a zarazem ładną pogodę – wybierzcie się tam wiosną i latem. Nie przepadacie za tłokiem, ale nie przeszkadza Wam trochę zimna i deszczu? Kupcie więc bilety na zimowy wyjazd. Amsterdam odwiedziłam w grudniu i lipcu – podczas każdej wyprawy prezentował się świetnie. Wybór należy do Was. Jeśli szukacie mocnych wrażeń to koniecznie wpadnijcie tam 27 kwietnia na obchody Amsterdam King’s Day. Ulice zalewają turyści z całego świata (bardziej niż zwykle), a w powietrzu unosi się atmosfera jednej wielkiej imprezy – mimo, że jest to święto narodowe! W miastach tworzą się jarmarki, parady i festyny, a uczestnicy ubierają się tego dnia na pomarańczowo (ten kolor uważa się za barwę narodową Holandii). Jeśli zamierzacie odwiedzić to miasto podczas King’s Day, pamiętajcie o rezerwacji biletów i noclegów ze sporym wyprzedzeniem!

14020572811_c5c4f6e9e9_o
autor zdjęcia: Deepa Paul (flickr.com), licencja

GDZIE NOCOWAĆ?

Amsterdam nie należy do najtańszych miast, ale z pomocą przychodzą liczne hostele. Polecam Hans Bricker Hostel Amsterdam, który oferuje nocleg w pokojach wieloosobowych (miejsce w pokoju 4-osobowym to koszt 120zł)  i dwuosobowych (332zł za 2 osoby/doba). Plusy? Śniadania wliczone w cenę, dobra lokalizacja i czystość w pokojach.

Jeśli dokonacie rezerwacji klikając tutaj, otrzymacie 50zł zniżkiW zamian za skorzystanie z bookingu i zarezerwowanie noclegu poprzez ten link, 50zł powędruje również na moje konto – z góry dziękuję, a jednocześnie zachęcam do skorzystania z niższej ceny! 50zł wpłynie na Wasze konto w momencie zakończenia pobytu w danym miejscu.

JAK PORUSZAĆ SIĘ PO MIEŚCIE? 

PIESZO: Można odnieść wrażenie, że ktoś stworzył to miasto z myślą o pieszych (i rowerach, ale o tym nieco później). Najlepszy sposób na poznanie Amsterdamu to długi spacer wąskimi uliczkami. Zwiedza się go prosto i przyjemnie. Najważniejsze atrakcje znajdują się w ścisłym centrum. Przed wyjazdem warto zainstalować bezpłatną i prostą w obsłudze aplikację MAPS ME. Jest to nawigacja, która działa bez połączenia z Internetem (potrzebujemy go jedynie w celu pobrania mapy danego miejsca). Dzięki niej można z łatwością namierzyć pobliskie atrakcje, lokale, bary, muzea, supermarkety i zlokalizować najbliższy bankomat. 

TRAMWAJE, AUTOBUSY, METRO I STATKI pozwolą Wam dotrzeć do oddalonych miejsc. Podczas naszego pobytu skorzystałyśmy z transportu publicznego tylko 3 razy. Aby znaleźć dogodne połączenie utworzono wyszukiwarkę, która zaplanuje Wam trasę. Bilet godzinny kosztuje 2.90 euro, a nocny 4.50 euro. Kupicie je w automatach na przystankach lub w punktach informacji GVB (firma zajmująca się transportem w Amsterdamie). Czasami można je nabyć w tramwaju u pracowników sprzedających bilety w budkach wewnątrz pojazdu. Pamiętajcie o odbiciu swojego biletu w momencie wejścia i wyjścia z danego środka transportu!

Jeśli planujecie w mieście dłuższy pobyt, warto zaopatrzyć się w OV chipkaard. Należy zapłacić 7.50 euro za jej wydanie, po czym doładować ją wybraną kwotą. Kartę należy przyłożyć do czytnika podczas wsiadania i wysiadania z danego środka komunikacji miejskiej – tak jak w przypadku biletów jednorazowych. W momencie zbliżenia do czujki zostaje pobrana opłata za przejazd (jakieś 1,33 euro – taniej niż w przypadku zwykłego biletu jednorazowego).

amsterdam-2951303_960_720

Środkiem transportu, a zarazem ciekawą atrakcją turystyczną jest tamtejszy PROM, z którego można skorzystać bezpłatnie. Statek zabierze Was z Central Station na drugą stronę rzeki o niezbyt rozbudowanej nazwie – Ij. Poza nimi można też skorzystać z ciekawszych rejsów po rzece Amstel. Niestety, nie należą one do darmowych. Więcej informacji poświęconych tej atrakcji znajdziecie w kolejnym wpisie o Amsterdamie.

20170620_162504

Miasto można też zwiedzać NA ROWERACH, które zasypują je z każdej strony. Jest ich tam o 100 tysięcy więcej niż samych mieszkańców. Nic dziwnego – Amsterdam posiada ponad 500 km dróg rowerowych! Przygotujcie się nadjeżdżające z każdej strony jednoślady, które w niczym nie przypominają niedzielnych przejażdżek. Niektórzy rozmawiają przez telefon podczas jazdy, palą papierosa, prowadzą psa na smyczy czy też jadą z parasolem podczas deszczu. Przyznam, że trochę podziwiam za to Holendrów (może nie pomysłowość, ale równowagę). Myśląc o moich przejażdżkach mam w głowie wygodny ubiór – dresy, sportową bluzę i adidasy. Okazuje się jednak, że jazda na rowerze nie przeszkadza w tym, aby wyglądać niczym modelka z wybiegu – panie poruszają się na jednośladach w sukienkach, a nawet w szpilkach – wersja zaawansowana. O tym, że rowery rządzą miastem, świadczą poniższe zdjęcia:

1454914_10201296698152753_334417833_n1455862_10201296704872921_588521718_n20170620_181919

Mimo, że jest tam bezpiecznie to biorąc pod uwagę liczbę rowerów należy zachować szczególną ostrożność. Rowerzyści poruszają się po Amsterdamie z prędkością światła. Do dziś pamiętam jak jeden z nich staranował koleżankę (przyznaję, że również miała w tym swoją zasługę). Straciła przytomność i leżała sobie na chodniku przez jakiś czas. Nasza grupka otoczyła ją bezradnie, zastanawiając się czy jeszcze żyje. Kilka godzin później podczas imprezy przekonaliśmy się, że daleko jej do ostatnich chwil na Ziemi. Wypożyczalnie rowerów znajdziecie na każdym kroku. Większość z nich pobiera kaucję wysokości 50 euro i wymaga oddania w zastaw dokumentu tożsamości. Koszt wypożyczenia roweru wynosi 5-10 euro/h.

20170620_18094920170620_17375420170620_17270020170620_17180320170620_1707341549345_608601319193482_956766026_n

GDZIE ZJEŚĆ?

No i tutaj pojawia się problem, bo nie wiem co polecić. Odwiedzając Amsterdam latem 2017 roku zjadłyśmy w Hard Rock Cafe przystawkę wielkości obiadu, ogromnego burgera z konkretną porcją frytek, gigantyczny deser – brownie z lodami waniliowymi, popijając go lemoniadą serwowaną w wazonie (co jak co, ale tak wielka szklanka chyba nie istnieje). Przerywając Wasze rozmyślania nad tym, czy wiem co kryje się pod pojęciem podróż niskobudżetowa i mimo to właśnie tak określam mój wyjazd – spieszę z wyjaśnieniem. Lidka, najlepszy pracownik Hard Rocka na świecie, zorganizowała szlachetną akcję Dokarmiamy turystów. Dzięki!

20170620_143338
Hard Rock Cafe Amsterdam
dd
i to szczęście na mojej twarzy
20170620_150605
Deser też był w wazonie

Lidka mieszka w Amsterdamie od 2 lat i może Wam polecić KILKA FAJNYCH MIEJSCÓWEK:

  • Warto wpaść na obiad do Foodhallen, gdzie 20 ulicznych sprzedawców serwuje najróżniejsze posiłki – począwszy od pizzy po dania kuchni azjatyckiej. Adres: Bellamyplein 51 1053 AT Amsterdam. 
  • Kolejne miejsce na obiad to Albert Cuyp market – największy rynek w Europie, posiadający 260 stoisk. Spacerując pomiędzy punktami ze sprzedażą tekstyliów, kwiatów, roślin, warzyw i ogrodów znajdziecie mnóstwo miejsc, które serwują tradycyjne, jak i oryginalne potrawy w dobrej cenie.  Adres: Albert Cuypstraat, 1073 BD Amsterdam, Holandia
  • Bierfabriek, czyli Fabryka Piwa to doskonałe miejsce nie tylko na zimny browarek, ale i na obiad. Adres: Nes 67, 1012 KD Amsterdam.

Osoby lubiące słodycze będą zachwycone ciastkami Stroopwafels. To dwie okrągłe warstwy wafla z nadzieniem – typowy holenderski przysmak, który możecie zakupić w każdym supermarkecie. Warto dodać, że na Albert Cup Market przyrządza się je zgodnie z najstarszym przepisem. Stroopwafels wynaleziono w miejscowości Gouda (tam, gdzie powstał również ser o tej samej nazwie) w 1784 roku. Ze względu na ich niską cenę w przeszłości nazywane były ciastami ubogich (nazwa nie mogła być bardziej trafiona – pracując w Holandii w czasie wakacji jadłyśmy je każdego dnia). Statystycznie każdy Holender zjada 20 takich ciastek w roku – będąc w Holandii przez miesiąc przegoniliśmy ich w rankingu, zostawiając te statystyki daleko w tyle.

Stroopwafels_van_Markus
autor zdjęcia: Markus Stroopwafels, Wikimedia

ŻYCIE NOCNE W AMSTERDAMIE:

Zainteresowani życiem nocnym powinni odwiedzić to miasto w czwartek, piątek lub sobotę. Imprezy czekają na nich przy Leidesplein, Rembrandtplein oraz w okolicy placu Dam. Warto zwrócić uwagę na kluby Silo, RoXY i Paradiso.

Nie sposób nie wspomnieć o lokalnych COFFEE SHOP. Ażeby nikt nie przyczepił się do nazwy tego miejsca, w niektórych z nich można nawet zamówić kawę. Najpopularniejszym i najstarszym w mieście jest Bulldog przy placu Leidseplein, który gościł sporo gwiazd (ich zdjęcia zasypują  ściany w lokalu). Można tam zakupić przysłowiowe skręty i wyroby z dodatkiem marihuany lub haszyszu. Co ciekawe, zakazano tam palenia tytoniu, w przeciwieństwie do popalania serwowanego w tym lokalu przeróżnego kwiatostanu. Mimo, że zapach relaksu można wyczuć podczas spaceru po mieście, palenie na ulicy jest zabronione.

10084870205_bc5b56594b_k
autor zdjęcia: Michael Costa (flickr.com), licencja

Sporym powodzeniem cieszą się Space Brownie – tzw. ciastka z wkładką (z dodatkiem haszyszu), które można kupić w Amsterdamie dosłownie na każdym kroku. Ten niepozorny słodycz nazwano tak nie z byle powodu. Pora na Trudne Sprawy z historią opartą na faktach. Większość osób z naszej grupki zamówiła specyficzny wypiek na spółę – jak dobrze, że kolega powstrzymał nas od kupna kolejnej porcji (bo przecież nic nie czujemy, a czekoladowe ciastko jest naprawdę dobre). Spróbowałam go, nie mając zielonego (ależ wpasowało się to w klimaty coffee shop) pojęcia o skutkach. Po niecałej godzinie wieczór zamienił się w bezsensowny spacer grupy rozchichotanej niczym podekscytowane nastolatki. Zatrzymaliśmy się przy food trucku z frytkami. Niezdecydowani, po długim rozmyślaniu o zamówieniu czegoś do przegryzienia, spośród frytek oraz frytek udało nam się podjąć decyzję – zamówiliśmy frytki. Wielokrotnie próbowaliśmy odnaleźć drogę do hotelu, zapominając o swoim bojowym zadaniu kilka minut później. Kiedy w końcu się udało, spędziliśmy jakieś 20 minut w windzie (o czym poinformowała nas pani z recepcji, która poprosiła o nieblokowanie elewatora). Żadne z nas nie wpadło na to, aby przycisnąć guzik z numerem piętra. Każda próba wydania głosu kończyła się śmiechem. Być może nie wynika to z opisu tej sytuacji, ale sto razy bardziej wolę od tego po prostu piwko i imprezę, na którą nie poszliśmy przez głupie ciastko. Późniejsze cztery godziny były kompletnym brakiem koncentracji, dreszczami i problemami z poruszaniem się (to ostatnie naprawdę mnie przestraszyło – czuliśmy drętwienie nóg). Cztery lata później, podczas kolejnego wypadu omijałam witryny sklepów z tamtejszymi brownie szerooookim łukiem.

RED LIGHT DISTRICT to obszar miasta, w którym skupione są legalne domy publiczne. Mijając tamtejsze kluby, coffee shopy i kawiarnie przechodzi się również obok dużych okien, w których prezentują się panie uprawiające najstarszy zawód świata, szukające wzrokiem potencjalnych klientów. Pracują tam legalnie, odprowadzając ze swojej pensji podatki. Słyszałam, że mają jednak problem ze znalezieniem ubezpieczyciela – firmy niechętnie godzą się na współpracę z kimś, kto wybrał właśnie taką… branżę. Wieczorem i nocą roi się tam nie tylko od zainteresowanych oferowanymi usługami, ale i od turystów, którzy odwiedzają to miejsce z czystej ciekawości. W mieście funkcjonuje około 400 okien i 700 prostytutek. Jeśli i wy chcielibyście przespacerować się po tym… dosyć nietypowym miejscu, pamiętajcie o całkowitym zakazie fotografowania. Oczywiście tylko jeśli przeszkadza Wam fakt, że po zrobieniu zdjęcia niezadowolona pani wybiegnie z witryny i wrzuci Wasz telefon do kanału. Żeby było śmieszniej, wiele firm oferuje wycieczki z przewodnikiem po tej dzielnicy, które często połączone są z tzw. pub crawling (odwiedzinach wielu barów podczas jednego wieczoru). Szczegóły można poznać, klikając tutaj

light-road-street-night-city-canal-1159252-pxhere.com

CO ZOBACZYĆ? 

Atrakcji w Amsterdamie jest mnóstwo. Nie sposób poznać je wszystkie, spędzając tam jedynie weekend. W sumie to nie tylko weekend, ale i życie może okazać się niewystarczające. Kojarzenie Amsterdamu głównie z coffee shop i Dzielnicą Czerwonych Latarni to ogromny błąd. Miasto ma naprawdę sporo do zaoferowania. W osobnym wpisie pojawiły się najciekawsze (według mnie) atrakcje, które udało mi się odwiedzić podczas wizyt w Amsterdamie. A jest ich niemało! Zachęcam do zapoznania się z drugą częścią przewodnika, klikając tutaj

Co zobaczyć w Londynie w 24h? Darmowe atrakcje i gotowa trasa!

Kilkanaście lat temu Londyn nie był miastem na wyciągnięcie ręki – w przeciwieństwie do tego, jak jest teraz. Nie było tanich lotów, ani tylu informacji na blogach podróżniczych, które pozwoliłyby dokładnie zaplanować podróż i uniknąć wielu niepotrzebnych stresów. Obecnie w Londynie była chyba co druga osoba, z którą ostatnio rozmawiałam na temat tego miasta (reszta po prostu tam mieszka). W Internecie pojawiło się już 3456787654 relacji z wyjazdu i kilkadziesiąt przewodników. Mimo to, postanowiłam stworzyć moją trasę, która doskonale sprawdziła się podczas 24-godzinnego pobytu. To nie tylko sztywny plan podróży – przynajmniej takie było założenie podczas tworzenia wpisu. Znajdziecie tu również wiele informacji i ciekawostek o mieście. Mam nadzieję, że wpis zachęci Was do tego, aby spakować plecak i wyskoczyć tam chociaż na jeden dzień! 

JAK DOSTAĆ SIĘ DO LONDYNU?

Podobnie do poprzednich wpisów, zamieszczę tutaj bezinteresowne lokowanie produktu – jeśli ktoś chciałby znaleźć tanie loty do Londynu, powinien zajrzeć na eSky. Dzięki tej wyszukiwarce można wybrać odpowiedni lot pod względem terminu i ceny. Przy wcześniejszej rezerwacji można go zakupić nawet w cenie 39zł w dwie strony! Wybrałyśmy linie WizzAir, które zabrały nas na pobliskie lotnisko Luton.

lot

DOJAZD Z LUTON DO CENTRUM LONDYNU:

Skorzystaliśmy z usług przewoźnika Easy Bus (linie green line). Po wyjściu z terminala nie sposób nie zauważyć sporego parkingu z autobusami – stamtąd odjeżdża również autobus Easy Bus, który oferuje przejazd do Victoria Station. To ostatni przystanek, z którego rozpoczął się nasz spacer po mieście. Bilety można zakupić tutaj (wcześniejszy zakup = niższe ceny). Kurs autobusem możliwy jest nie tylko o godzinie widniejącej na bilecie. Można z niego skorzystać nawet z 60-minutowym opóźnieniem, ale pierwszeństwo będą mieć osoby, które posiadają bilet na konkretną godzinę. Dojazd do centrum zajmuje około 1,5h.

Podczas przygotowań do wyjazdu wielokrotnie słyszałam, że powinnam nastawić się na długie kolejki po wylądowaniu. Planując wyjazd, wybrałam więc autobus wyruszający z Luton dopiero o 9:30 (wylądowałyśmy o 7:45). Dodatkowa rezerwa czasu okazała się niezbyt przydatna. Niemniej jednak, znalazłyśmy czas na kawę, od której rozpoczęłyśmy swój dzień. Wszystko nagle stało się piękniejsze, a pobudka o godzinie 3:40 odeszła w zapomnienie (brak opcji, która pozwoliłaby wstać o normalnej porze i nie przegapić lotu). 

JAK PORUSZAĆ SIĘ PO MIEŚCIE? 

Zwiedzając Londyn według naszego planu skorzystaliśmy z londyńskiego metra (najstarszego na świecie!) jedynie 3 razy. Początkowo planowałam tylko dwa kursy. Poruszałyśmy się w obrębie pierwszej strefy. Były to dwie przejażdżki pierwszego dnia i jedna w dniu wyjazdu. Trzykrotnie zakupiłyśmy bilety jednorazowe w cenie 4,90 funtów. Układ linii metra nie należy do skomplikowanych, dlatego też transport w Londynie nie przysporzy Wam problemów.

metro

Przed wyjazdem warto zainstalować bezpłatną i prostą w obsłudze aplikację MAPS ME. Jest to nawigacja, która działa bez połączenia z Internetem (potrzebujemy go jedynie w celu pobrania mapy danego miejsca). Dzięki niej można z łatwością namierzyć pobliskie atrakcje, lokale, bary, muzea, supermarkety czy też zlokalizować najbliższy bankomat.

GDZIE SIĘ ZATRZYMAĆ? 

Po radości z powodu zakupu taniego biletu lotniczego przychodzi czas na poszukiwania  hotelu i… euforia powoli zanika. Ceny za noclegi w Londynie nie należą do najtańszych. Jeśli ktoś posiada ograniczony, a nawet baaardzo ograniczony budżet wyjazdowy, nie przeszkadza mu mniej prywatności (no ok, brak prywatności) i chciałby poznać nowych ludzi, powinien skorzystać z usług DOVER CASTLE HOSTEL. Za dobę w schludnym pokoju wieloosobowym zapłaciłyśmy 47 złotych (w cenę wliczono również śniadanie). Jedną z głównych zalet hostelu jest znakomita lokalizacja. Szczerze polecam! Jeśli zarezerwujecie nocleg klikając tutaj, otrzymacie 50zł zniżki! W zamian za skorzystanie z bookingu i zarezerwowanie noclegu poprzez ten link, 50zł powędruje również na moje konto – z góry dziękuję, a jednocześnie zachęcam do skorzystania z niższej ceny!

CO I GDZIE ZJEŚĆ? 

Polecam Waszej uwadze niewielką restaurację Ben’s Fish and Chips (200 Shaftesbury Ave, oddalone o 7 minut od British Museum). Jak sama nazwa wskazuje, serwują w niej słynne brytyjskie Fish and Chips za 9,99 funtów. W cenę wliczono kawał smażonego dorsza, solidną porcję grubych frytek, kilka warzyw (powiedzmy, że była to sałatka) i napój. Mimo, że porcja na zdjęciu wydaje się mała, w rzeczywistości była naprawdę konkretna. Nasz wyjazd był niskobudżetowy, dlatego też po resztę posiłków udałyśmy się do… Tesco.


Z W I E D Z A N I E   L O N D Y N U  –  D Z I E Ń  P I E R W S Z Y :

Plan zwiedzania zakładał przebycie 8km pierwszego dnia i 3km w dniu wyjazdu. Krokomierz twierdzi, że przeszłyśmy dwa razy więcej. Chcąc zobaczyć jak najwięcej w tak krótkim czasie przypominam o zabraniu wygodnych butów i lekkiego plecaka. O tym jakie to ważne przekonacie się, zwiedzając to miasto w 24 godziny. Zaczynamy!

pierwsza część trasy
Pierwsza część naszej trasy

6:25 – 7:45 – lot z Gdańska do Londynu Luton. Na miejscu mała przerwa na kawę (rezerwa czasu w razie kolejek podczas kontroli) i czekanie na autobus, który zabierze nas do Victoria Station. 

9:30 – 11:00 – dojazd z lotniska do centrum miasta. Wysiadamy na VICTORIA STATION i udajemy się w stronę Buckingham Palace (14 min spacerem).

11:15 – Na kwadracie u królowej Elżbiety, czyli BUCKINGHAM PALACE. Warto zjawić się w tym miejscu o o 11:30, aby obejrzeć zmianę warty. Odbywa się ona codziennie od kwietnia do lipca i co drugi dzień w pozostałe miesiące. Szczerze mówiąc, zbyt wiele nie udało nam się zobaczyć. Tłumy oblegały ogrodzenie pałacu z każdej strony. Jeśli zależy Wam na dobrym miejscu, powinniście zjawić się tam co najmniej pół godziny wcześniej.

Buckingham Palace od 1837 roku pełni rolę domu dla brytyjskich monarchów. Jest to największy pałac królewski na świecie. Posiada 775 pomieszczeń, spośród których największym jest sala balowa o wymiarach 36x18m. Sama królowa Elżbieta II przyznała, że nigdy nie odwiedziła wszystkich pokojów. Metraż ogrodu jest równie konkretny – zajmuje 15 hektarów i jest największym prywatnym ogródkiem w mieście (właściwie słowo ogródek nie bardzo tutaj pasuje – mówiąc o kompozycji kwiatów i drzew zajmującej 15ha powinnam pozostać przy określeniu ogród). Nie można powiedzieć, że pałac prezentował się tak dostojnie od zawsze. Dwieście lat temu jego wnętrze… śmierdziało. Przyczyną była tragiczna wentylacja.

Buckingham PalaceJeśli ktoś ma nadzieję, że spotka kiedyś członków rodziny królewskiej, którzy kupują bułki w piekarni (trochę mnie poniosło, może i nie chodzą po bułki), pobierają pieniądze z bankomatu, czekają na wizytę u lekarza (tutaj też trochę poniosło), pływają w basenie i ćwiczą na siłowni, to muszę rozczarować. Jest to mało prawdopodobne, ponieważ mieszkańcy Buckingham  posiadają w budynku własne sklepy, bankomat, gabinet lekarski, basen, siłownię. Niektórzy twierdzą, że znajduje się tam również sekretna stacja metra. Niewiele brakowało do tego, aby stworzyć w nim British Museum. Ostatecznie zrezygnowano z tego pomysłu na rzecz tańszego budynku. Poza członkami rodziny królewskiej i służbą, sto lat temu w pałacu mieszkał kiedyś bezdomny. Po utracie przez niego domu jego znajomy – a zarazem jeden z pracowników Buckingham Palace – postanowił udzielić mu schronienia u brytyjskich monarchów w nadziei, że zdoła utrzymać jego obecność w tajemnicy.

W przeciwieństwie do odwiedzających pałac turystów, którzy nie mogą zobaczyć większości pomieszczeń w Buckingham, psy – zgodnie z regulaminem domostwa członków rodziny królewskiej – mogą przebywać w każdej części budynku. Zapewne niemałą zasługę ma w tym królowa Elżbieta II, która uwielbia psy, zwłaszcza czworonogi rasy corgi.

W sierpniu i we wrześniu wnętrze pałacu udostępnia się odwiedzającym – podczas tych dwóch miesięcy rodzina królewska udaje się na wakacje. Ceny za wstęp można sprawdzić tutaj

Buckingham PalacePo obejrzeniu warty (a raczej telefonów i selfie stick, które atakowały z każdej strony) powędrowałyśmy na Trafalgar Square, przechodząc przez THE MALL – reprezentacyjną ulicę w Londynie, która w niedzielne południe staje się deptakiem dla spacerowiczów.

Buckingham PalaceZanim pokonałyśmy całą długość The Mall,  skręciłyśmy w prawo, wstępując do HORSE GUARDS PARADE – największego placu defilad w centrum miasta, do którego przylegają koszary królewskie. Co roku, 21 kwietnia odbywają się tam obchody moich urodzin. W tym dniu rocznicę narodzin świętuje także Elżbieta II – możliwe, że jest to kolejny powód tej parady. W przeszłości w tym miejscu rozgrywano turnieje rycerskie. Na placu odbywają się wydarzenia związane nie tylko z jazdą konną. W czasie Igrzysk Olimpijskich w 2012 roku powstało tam boisko do siatkówki plażowej.

Uroczysta zmiana warty Strażników Konnych w tym miejscu to ciekawa atrakcja. Co więcej, nie jest ona tak popularna jak zmiana Gwardii Królewskiej przy Buckingham Palace – istnieje więc ogromna szansa na to, że uda się Wam cokolwiek zobaczyć. Wydarzenie odbywa się od poniedziałku do soboty o godz. 11:00 i w niedzielę o 10:00. 

Buckingham PalacePo Horse Guards Parade wracamy na THE MALL, który rozciąga się od pałacu Buckingham aż po Admiralty Arch – budowlę z 1912 roku, która powstała na zlecenie króla Edwarda VII. Obecnie jest to jeden z większych i najbardziej zabytkowych biurowców w Londynie, który wkrótce może przekształcić się w luksusowy hotel (na razie są to tylko plany).

Admiralty Arch

12:10 – czas na TRAFALGAR SQUARE!

Trafalgar Square zawdzięcza swoją nazwę bitwie pod Trafalgarem. Poza Galerią Narodową znajduje się tam 55-metrowa kolumna zwycięskiego dowódcy Nelsona, a także pomnik króla Jerzego IV i generałów: Havelocka oraz Napiera. Planowano też wzniesienie czwartego pomnika jakiejś ważnej osobistości na koniu, ale… zabrakło na to pieniędzy. Plac zdobią ogromne lwy odlane z brązu i fontanna, która powstała w przeddzień wybuchu II wojny światowej. W czasie świąt centralne miejsce na placu zajmuje ogromna choinka, wysyłana co roku przez Norwegów w akcie wdzięczności za pomoc w II wojnie światowej. 31 grudnia odbywają się tam brytyjskie wersje sylwestra z jedynką. 

Jeśli ktoś dysponuje większą ilością czasu niż 24h i chciałby zobaczyć słynne Słoneczniki van Gogha lub prace Da Vinci, Rembrandta, Michała Anioła, Rubensa oraz Botticellego, powinien wybrać się do Galerii Narodowej przy Trafalgar Square. Zachęcam do udziału w godzinnej i bezpłatnej wycieczce po muzeum (od poniedziałku do piątku o 11:30 i 14:30, szczegóły tutaj). 

Lecimy dalej, w kierunku Piccadilly Circus (8min spacerem z Trafalgar Square). Po drodze mijamy kilka ładnych budynków i słynne czerwone budki. Właściwie to powstrzymam się od komentarza. Chyba najlepiej będzie jeśli wstawię zdjęcia opisujące to, co chciałabym przekazać:

PICCADILLY CIRCUS z pewnością kojarzy większość osób. Dla niektórych to zwykły plac z paroma konkretnymi reklamami. Dla innych – jeden z symboli Londynu. Dla mnie jest to miejsce z obrazów w Ikea, które ma w sobie to coś. Być może charakteru dodał mu występ jednego z ulicznych artystów. Reklamy rozświetlają to miejsce od 1908 roku, z kilkoma przerwami. Wyłączono je m.in. po śmierci Winstona Churchilla i księżnej Diany.

Po 5 minutach spaceru jesteśmy już w CHINATOWN.

Skąd wzięli się tam Chińczycy? East India Company od XVIII wieku zatrudniała sporo marynarzy z Państwa Środka, którzy osiedlili się w Londynie na stałe i stworzyli w nim własne lokale gastronomiczne, ośrodki kulturalne i handlowe. Najpopularniejszą częścią Chinatown jest Gerrard Street. Na tej ulicy można znaleźć najlepsze chińskie restauracje i salony masażu.

To ciekawy skrawek Londynu, który zdecydowanie warto zobaczyć. Nie nastawiałabym się jednak na jego wybujałe opisy, które znalazłam w kilku przewodnikach. Według nich jest to niezwykle egzotyczne miejsce, wypełnione zapachem orientalnych potraw. Co jak co, ale zapachy w tej dzielnicy do orientalnych (i przyjemnych) raczej nie należały. Być może jest to właśnie jedna z rzeczy, która upodabnia je do Państwa Środka. Chiński klimat tworzy tzw. brama pai fang, która wyznacza początek i koniec Chinatown, a także czerwone lampiony nad głowami spacerowiczów. 

Chinatown wchodzi w skład SOHO, zwanego centrum rozrywki Londynu. Do niedawna tę część miasta porównywano do dzielnicy czerwonych latarni w Amsterdamie. Nie bez powodu – mieściło się tam wiele sex shopów i domów publicznych. Obecnie zastąpiono je sporą liczbą barów, restauracji, klubów (wiele z nich dla społeczności LGBT), sklepów, kin, salonów gier i nowoczesnych biurowców. To również dzielnica kontrastów – oprócz setek imigrantów (głównie w Chinatown) Soho zamieszkują przede wszystkim bogaci londyńczycy.

13:00 – po Trafalgar Square, Piccadilly Circus, Chinatown i rozeznaniu w londyńskim Soho pora na… obiad. Polecam wspomnianą na początku wpisu niewielką restaurację Ben’s Fish and Chips (200 Shaftesbury Ave), w której – jak sama nazwa wskazuje – serwują sławne wyspiarskie Fish and Chips. Koszt konkretnego obiadu z napojem wyniósł 9,99 funtów. 

14:00 – Po obiedzie i chwili odpoczynku odhaczyłyśmy kolejny punkt wyjazdu: BRITISH MUSEUM (7 minut spacerem z Ben’s Fish and Chips). Autorzy przewodników po Londynie twierdzą, że powinno się na nie przeznaczyć cały dzień. Mimo, że wystawy są naprawdę interesujące to jeden dzień musiał nam wystarczyć nie na muzeum, ale na cały Londyn. Poprzestałyśmy więc na spędzeniu tam 3 godzin. Udało nam się zobaczyć eksponaty, które najbardziej nas interesowały. Przed wejściem ustaliłyśmy co chcemy obejrzeć i gdzie znajdują się poszczególne rzeczy – to zdecydowanie usprawniło nasze zwiedzanie.

Wstęp do muzeum jest bezpłatny. Otwarte codziennie od 9:00 do 17:30, w piątki do 20:30. Istnieje możliwość wypożyczenia multimedialnego przewodnika w cenie 5 funtów (4,5 funtów dla studentów i 3,5 funtów dla dzieci do 12 roku życia).

Jak można w skrócie opisać to miejsce? Żywa (choć może to słowo akurat nie pasuje do ekspozycji mumii) lekcja historii. Eksponaty rozmieszczono w ogromnych salach i posortowano według pochodzenia geograficznego oraz wieku. To przedmioty związane z kulturą egipską, grecką, rzymską, rzymsko-bizantyjską, azjatycką, amerykańską, afrykańską i bliskowschodnią.

Najpopularniejszymi eksponatami są: Mumia Kleopatry, kamień z Rosetty, dzięki któremu udało się odczytać pismo hieroglificzne, rzeźby asyryjskie z pałacu w Nimrud, człowiek z Lindow – ciało pochodzące z początków epoki żelaza, popiersie Nefretete, a także ogromny zbiór mumii, sarkofagów i przedmioty z grobowców faraonów.

dav
Dziedziniec Królowej Elżbiety II robi wrażenie
mde
Mumia Kleopatry
dav
Zafascynowani turyści
sdr
Kamień z Rosetty i 12345678 osób

Przed 17:00 zakończyłyśmy wizytę w British Museum i wróciłyśmy na Oxford Street. Nie obyło się bez przystanku w ogromnym PRIMARKU – trzypiętrowym (o ile dobrze pamiętam) sklepie bez końca, w którym jakimś dziwnym trafem sprzedawano wszystkie rzeczy jedynie w promocji. Jeśli ktoś obawia się, że wróci do domu ze zbyt wielką sumą pieniędzy to oczywiście jest na to sposób – wizyta na Oxford Street rozwiąże ten problem, a także wiele innych – m.in. zbyt dużo czasu w Londynie. Jakoś tak niespostrzeżenie zleciało nam w tym miejscu 1,5h.

sdr

Około 18:30 powędrowałyśmy w kierunku metra (Bond Street Station) i stamtąd udałyśmy się do stacji Westminster (szarą linią Jubilee, kierunek: Stratford). Kupiłyśmy bilety jednorazowe w maszynach na stacji metra za 4,90 funtów. Sporo osób polecało nam przed wyjazdem kartę Oyster. Nie skorzystałyśmy z niej bo planowałyśmy jedynie dwa przejazdy w czasie pobytu w Londynie. Ostatecznie odbyłyśmy trzy rundki metrem z biletem jednorazowym.

bond street station - westminster

Oczekując zachwycającej panoramy na BUDYNEK PARLAMENTU zastałyśmy to… Przyznaję, że mam ogromne „szczęście” do rusztowań. Czasami odnoszę wrażenie, że rozkładają je specjalnie przed moim przyjazdem. A tak zupełnie poważnie – w 2017 roku rozpoczął się remont generalny najsławniejszej wieży zegarowej na świecie, który prawdopodobnie zakończy się w 2021 roku.

Mimo, że najpopularniejszą część budowli zakryto po samą górę, widok znad Tamizy i tak zrobił na mnie wrażenie. Jeszcze nigdy widziałam tak pięknej panoramy z rusztowaniem w roli głównej. Co ciekawe, Big Ben to nie nazwa wieży zegarowej, a dzwonu o wadze 13 ton, który się w niej znajduje. Wieża zegarowa, którą większość mylnie nazywa Big Benem tak naprawdę jest Wieżą Elżbiety. Posiada 4 tarcze liczące 7,5m i wskazówki o długości 4,25m. Symbol Wielkiej Brytanii stanowi część gmachu parlamentu, który powstał w latach 1840-1870. Średniowieczny pałac, który wcześniej zajmował to miejsce, spłonął w 1834 roku. Istnieje możliwość odbycia 90-minutowej wycieczki po parlamencie z przewodnikiem (bilety można zakupić tutaj).

Zegar na wieży Elżbiety nie zawsze był tak punktualny, jak w dzisiejszych czasach. W 1949 roku odnotowano 40-minutowe spóźnienie za sprawą… odpoczywających sobie na wskazówce ptaków. W 1962 roku przyczyną 10-minutowego opóźnienia było zatrzymanie wskazówki z powodu dużej ilości śniegu.

sdr
Widok na rusztowania Big Bena i Parlament

19:00 – postanowiłyśmy, że skorzystamy z atrakcji będącej kolejnym symbolem miasta – LONDON EYE. Skończyło się jedynie na postanowieniach. Jako, że miałyśmy „szczęście” podczas tamtego wyjazdu, będąc na miejscu okazało się, że London Eye zamknięto wcześniej. No nic, przynajmniej sporo zaoszczędziłyśmy. Słyszałam jednak, że atrakcja warta jest swojej ceny – zwłaszcza jeśli ktoś wybiera się tam, aby podziwiać Londyn po zmroku.

Bilety warto zakupić on-line. To pozwoli Wam zaoszczędzić trochę funtów. Standardowe wejście dla osoby dorosłej (zakupione tutaj) kosztuje 24,30 funtów. Warto sprawdzić wcześniej godziny i dni otwarcia atrakcji (tutaj), aby nie spotkała Was taka niespodzianka jak naszą grupkę. 

dav

19:30 –  wracamy na stację metra Westminster i jedziemy w kierunku LONDON BRIDGE (tak nazywał się też nasz przystanek, szara linia, kierunek North Greenwich). Po wyjściu ze stacji przyszła kolej na zwiedzanie pubu (THE MUDLARK – polecam!). Po całym dniu zwiedzania i tłumaczeniu przez barmana jakie rodzaje piwa oferuje, czego warto spróbować i co może nam polecić zapamiętałam jedynie, że zamówiłam piwo. Bardzo dobre piwo. 

trasa nr 3bty20:30 – po zwiedzaniu pubu spacer zrobił się jakiś taki lżejszy i przyjemniejszy. Odwiedziłyśmy kolejny i ostatni już tego dnia symbol miasta, wiktoriański TOWER BRIDGE. Wybudowano go na początku lat 90-tych XIX wieku.

Budowla posiada dwa przęsła, które podnoszą się do góry pod kątem 86 stopni w 90 sekund (dobry czas, biorąc pod uwagę, że każdy z nich waży 1100 ton). Cały mechanizm podnoszenia umieszczono w dwóch wieżach, w których znajduje się również muzeum historii mostu. Obecnie górny pomost jest dostępny dla turystów (od niedawna można tam pospacerować po szklanej podłodze), ale w latach 1909 – 1982 wejście dla pieszych zamknięto ze względu na sporo samobójstw. W ciągu pierwszego miesiąca od powstania Tower Bridge, most podnosił się aż 600 razy, wpuszczając wysokie statki do centrum miasta. Obecnie podnoszenie przęseł jest konieczne jedynie kilka razy w tygodniu.

Po lewej stronie od Tower Bridge widoczna jest twierdza TOWER OF LONDON – budowla o charakterze obronnym, która często musiała odpierać wroga. W przeszłości miała sporo różnych funkcji: od królewskiej rezydencji, po zoo i okrutne więzienie. Było to miejsce dokonywania pokazowych egzekucji. Przetrzymywano tam m.in. króla Anglii Henryka IV, królową Annę Boleyn i Thomasa More. W twierdzy znajduje się sporo broni, zbroje oraz insygnia koronacyjne (w tym największy na świecie brylant). Budynek do dziś zamieszkiwany jest przez naczelnika, strażników i ich rodziny oraz urzędników.

Bilety na górną część Tower Bridge można zakupić tutaj (jeśli wybieracie się tam z rodziną, wejście rodzinne będzie korzystniejsze cenowo). Godziny otwarcia: październik – marzec od 9:30 do 17:00, kwiecień – wrzesień od 10:00 do 17:30.

mde
Po lewej – Tower of London, po prawej – Tower Bridge

W pobliżu Tower Bridge mieści się także nowoczesny RATUSZ MIASTA, który powstał w 2002 roku. Jego szklana fasada wraz z panelami fotowoltaicznymi zapewnia maksymalne wykorzystanie światła słonecznego. 45-metrowy budynek zasilany jest energią odnawialną. Poza ratuszem i wieloma nowoczesnymi budynkami, nad brzegiem Tamizy zobaczycie też HMS Belfast – brytyjski okręt, który brał udział w II wojnie światowej.

bmd
Nowoczesny ratusz miasta nocą

O 21:30 kierunek DOVER CASTLE HOSTEL. Ruszamy do hostelu, wypompowane po intensywnym dniu zwiedzania brytyjskiej stolicy.

powrót do hostelu


D Z I E Ń   D R U G I :

Nasz dzień rozpoczynamy nieco później niż dzień pierwszy – wtedy wstałyśmy o 3:40, teraz możemy pospać do 8:00. Po śniadaniu w hostelu, ogarnięciu się i zebraniu rzeczy, o 9:00 wychodzimy na miasto. Drugi dzień w brytyjskiej stolicy nie był już tak napięty. Nasz lot powrotny był o 16:00, więc o 14:00 planowałyśmy zjawić się na lotnisku (o 12:00 odjechałyśmy autobusem z Victoria Station w kierunku lotniska). Pozostało nam kilka godzin na spacer i poznanie kilku ciekawych miejsc, na które nie wystarczyło czasu poprzedniego dnia.

Trasa - dzień 2

9:00 – kierunek: BOROUGH MARKET (po drodze zahaczamy o Tesco i zapewniamy sobie prowiant na cały dzień). To miejsce jest prawdziwym odzwierciedleniem Londynu – znajdziecie w nim kuchnie z całego świata, które serwują mieszkańcy miasta tworzący mieszankę kulturową. To najstarszy i najpopularniejszy targ w Londynie, odwiedzany przez znakomitych brytyjskich szefów kuchni (np. Gordon Ramsay). To miejsce pojawiło się też w wielu filmach, m.in. w przygodach Bridget Jones.

Po 8 minutach jesteśmy już przy SHAKESPEARE’S GLOBE. Okrągła budowla jest rekonstrukcją teatru szekspirowskiego, który spłonął w 1613 roku. Podczas jednego z przedstawień wystrzelono armatę – efekty specjalne wymknęły się spod kontroli, wywołując pożar. W teatrze szekspirowskim występowali jedynie mężczyźni (w role kobiet wcielali się młodzi chłopcy). Jeśli dana sztuka nie przypadła widzom do gustu, rzucali jedzeniem w aktorów.

bty
Shakespeare’s Globe

10:30 – udajemy się w kierunku MILLENIUM BRIDGE, jednego z najciekawszych mostów w Londynie. Patrząc na schody, które najwyraźniej sugerują drogę na skróty, wybrałyśmy nieco dłuższą trasę – spacer promenadą.

bty
Schody sugerują drogę na skróty – przez Tamizę

MILLENIUM BRIDGE powstał w 2000 roku. Konstrukcje stalowe wykonywało wiele firm. Jedną z nich był polski Mostostal Zabrze. Most zamknięto na dwa lata już trzeciego dnia po hucznym otwarciu z nietypowej przyczyny. Podczas ogromnej ilości osób na Millenium Bridge zaobserwowano zjawisko zbiorowej synchronizacji – spacerowicze nieświadomie zsynchronizowali kroki, wywołując wibracje kładki. Wyczuwając je, przyspieszyli – przez co drgania zwiększyły się jeszcze bardziej.

Millenium Bridge to jeden z mostów, który prowadzi do najpiękniejszej (moim zdaniem) świątyni w Londynie. Tworząc KATEDRĘ ŚWIĘTEGO PAWŁA architekt Christopher Wren czerpał inspirację z Bazyliki Świętego Piotra w Rzymie. Londyńska katedra jest dosyć młoda (sprawia wrażenie znacznie starszej) – jej budowę zakończono w 1710 roku. Najbardziej charakterystycznym elementem jest kopuła o średnicy 50 metrów. Konstrukcja sprawia wrażenie lekkiej (mimo, że waży 700 ton).

Oglądając zdjęcia z wnętrza katedry żałuję, że nie udało nam się wejść do środka. Ceny za wstęp uniemożliwiły zwiedzanie świątyni – jak już wspominałam był to wyjazd niskobudżetowy. Przynajmniej mamy powód po powrotu. Tak właśnie się pocieszamy (w sumie pomaga). Szczegóły dotyczące godzin otwarcia katedry w poszczególne dni, a także cen za bilety można znaleźć tutaj. 

11:00 ostatni przejazd metrem ze stacji St. Paul’s do Victoria Station (linia czerwona Central: kierunek West Ruislip, przystanek w Oxford Circus Underground Station, po czym przesiadka na niebieską linię Victoria: kierunek Brixton, przystanek Victoria Station – w sumie przejazd z przesiadką zajął jakieś 20 minut). Stamtąd wzięłyśmy autobus na lotnisko (w tym samym miejscu co przystanek, w którym wysiadłyśmy po przyjeździe do Londynu – informacja z dokładnym adresem  podana jest na biletach) i zakończyłyśmy ekspresowy pobyt w Londynie.

ostatni przejazd metrem
Ostatni przejazd metrem w Londynie – powrót do Victoria Station

Po 24h mamy świadomość tego, że nie udało nam się w pełni poznać brytyjskiej stolicy. Niemniej jednak, zobaczyłyśmy najpopularniejsze symbole miasta. Komu polecamy taki wyjazd? 

  • jeśli znajdziecie w portfelu 400-450zł (koszt zależy od ceny za bilety),
  • od zawsze chcieliście poznać brytyjską stolicę, 
  • szukacie ciekawego pomysłu na weekend,
  • macie jedynie 26 dni urlopu, których nie chcecie ruszać,

TO KRÓTKI POBYT W TYM MIEŚCIE JEST WŁAŚNIE DLA WAS! Po powrocie dajcie znać, czy plan okazał się przydatny i co jeszcze – Waszym zdaniem – powinno się w nim znaleźć!

 

Wakacje w Bułgarii – praktyczny przewodnik

Bułgaria to kraj, który w ostatnich latach podbija serca plażowiczów. Przyciąga ich do siebie ogromną ilością tanich kurortów nad Morzem Czarnym – choć wiele z nich przypomina jeszcze ośrodki wypoczynkowe za czasów komuny. Oferty wyjazdów do tego kraju zajmują czołowe miejsca na wystawach biur podróży i cieszą się równie wielkim zainteresowaniem co wakacje w Hiszpanii, Grecji i we Włoszech. Skutków coraz większej liczby turystów na bułgarskim wybrzeżu (poza chęcią poznania Bułgarii) można doszukiwać się w malejącym zainteresowaniu wyjazdami do krajów arabskich czy też strachu przed atakami terrorystycznymi w znanych destynacjach turystycznych Europy. Czego się spodziewać, odwiedzając to miejsce? Komu może się spodobać? Jak zorganizować wyjazd i co warto zobaczyć? O tym w dzisiejszym wpisie. 

Na początku chciałabym podkreślić, że wpis dotyczy wschodniej Bułgarii, usytuowanej nad Morzem Czarnym. Nie miałam okazji odwiedzić zachodniej części kraju. Mam nadzieję, że niedługo poznam tę zupełnie inną, mniej zatłoczoną i bardziej autentyczną Bułgarię.

JAK NAJTANIEJ DOSTAĆ SIĘ DO WSCHODNIEJ BUŁGARII? 

Linie lotnicze Wizz Air i Ryannair oferują loty z Warszawy do Burgas. To dobra i tania opcja na szybkie dotarcie do Bułgarii. Wybrałam lot z Warszawy z bagażem podręcznym w cenie 180zł (w dwie strony). Można także zakupić lot czarterowy do Warny. Jeśli ktoś chciałby znaleźć najtańszy i najdogodniejszy lot, warto skorzystać z internetowej wyszukiwarki eSky.pl.

Z Burgas udaliśmy się do Warny i po dwóch godzinach w marszrutce byliśmy już na miejscu (ok. 20zł za osobę). Bilety kupiliśmy w okienku na dworcu autobusowym. Czasami sprzedają je również kierowcy. Można też skorzystać z taxi, które jest tam wyjątkowo tanie – zakładając, że nie traficie na żerującego na nieświadomych turystach taksówkarza. Wracając do kraju, nie znaleźliśmy żadnych połączeń o 4 nad ranem z Warny do Burgas – zdecydowaliśmy się więc na taxi. 80 levów (ok. 170zł) za 130 kilometrów i kurs w nocy to naprawdę niewiele. Być może przyczyną tak niskiej ceny był fakt, że taksówkarz był znajomym właściciela pensjonatu,  w którym się zatrzymaliśmy.

WP_20160709_001WP_20160705_025

JAK DOSTAĆ SIĘ Z LOTNISKA DO CENTRUM BURGAS?

Po wyjściu z lotniska należy kierować się na lewo. Można skorzystać z autobusu nr 15 (kursuje od 4:30 do północy co 20-30 minut), który dowiezie Was do dworca autobusowego w pół godziny. Koszt przejazdu wynosi 2,50zł (1-2 levy). Bilety kupuje się w autobusie u kierowcy lub u konduktora. Jeśli chcielibyście dostać się na lotnisko w Burgas, warto poprosić konduktora lub kierowcę, aby poinformował Was kiedy wysiąść. Autobus nie podjeżdża pod samo lotnisko. Łatwo więc przegapić ten przystanek, a co za tym idzie – lot.

GDZIE SIĘ ZATRZYMAĆ?

Wybór miejsc noclegowych na bułgarskim wybrzeżu jest przeogromny – w przeciwieństwie do cen. Wybraliśmy pensjonat Yanina w miejscowości Sweti Konstantin i Sweta Elena, która jest świetnie skomunikowana z Warną i Złotymi Piaskami. Właściciele są bardzo mili, mówią po angielsku i przekażą Wam sporo informacji na temat okolicy. Pensjonat oferuje niezbyt luksusowe, ale przyzwoite pokoje z prywatną łazienką lub domek letniskowy za grosze. W cenę pobytu wliczono również korzystanie z niewielkiego basenu przy pensjonacie (50zł/osoba/doba). Plusem mieszkania w spokojnej miejscowości są znacznie niższe ceny w sklepach od tych na terenie Złotych Piasków. Szczegóły na temat obiektu można znaleźć tutaj. Poniższe zdjęcia obiektu pochodzą ze strony booking.com. 

CO ZJEŚĆ W BUŁGARII?

Bułgarska kuchnia jest niezwykle zróżnicowana. Położenie kraju sprawia, że nie brakuje w niej greckich, tureckich, serbskich czy też rumuńskich wpływów. To Ojczyzna jogurtu i mehanów – tradycyjnych restauracji bułgarskich z ludowymi dekoracjami, w których często odbywają się występy zespołów folklorystycznych. Oto kilka tradycyjnych potraw, których warto spróbować:

  • Sałatka szopska, którą tworzą ogórki, pomidory, papryka, cebula, skropione oliwą, octem winnym i doprawione oregano lub tymiankiem. Głównym składnikiem jest ser szopski.
  • Sneżanka to kolejna sałatka, która składa się z ogórków, jogurtu, czosnku i orzechów włoskich. Dodaje się do niej odrobinę oleju i koperku.
  • Bob czorba to zupa z białej fasoli, marchewki, selera, pomidorów, cebuli, liści mięty i mielonej papryki.
  • Tarator to zupa chłodnik. Składniki: ogórki, czosnek, orzechy, jogurt i koperek.
  • Szkembe czorba to flaczki, które są popularną bułgarską potrawą na kaca. Składniki: flaki, masło, mleko, czosnek, mielona papryka i ocet winny.
  • Kawarma – gulasz z mięsa wołowego, wieprzowego lub drobiowego, cebuli i papryki. Serwuje się go w tradycyjnych naczyniach, zdobionych pawimi oczkami.
  • Sirene po szopsku – zapiekany ser z warzywami, pomidorami i jajkami.
  • Kebabcze – grillowane klopsiki z mielonego mięsa wieprzowego lub wołowego o  spłaszczonym kształcie.
  • Banica przypomina krokiety, które nadziewane są serem owczym, z dodatkiem szpinaku, pora lub dyni.
  • Baklava to deser, na który można się natknąć w każdym z bałkańskich krajach. Tworzy ją cienkie, niedrożdżowe ciasto z dodatkiem orzechów, miodu i syropu cytrynowo-miodowego.
  • Warto też wspomnieć o bułgarskich serach: sirene kaszkawał. Ten pierwszy jest białym serem z koziego mleka, które niekiedy zastępuje się owczym lub krowim mlekiem. Kaszkawał jest serem żółtym o trochę słonym smaku, który nie posiada oczek. Produkuje się go z sera krowiego lub owczego.

CO WYPIĆ W BUŁGARII?

Poza sokami ze świeżo wyciskanych owoców, które orzeźwiają mieszkańców i turystów podczas letnich upałów, w tej części wpisu skupię się na opisie alkoholi. Pierwszym z nich – jak na bałkański kraj przystało – jest rakija. Produkuje się ją z suszonych winogron, śliwek, jabłek, fig, a nawet płatków róż. Posiada 40% mocy, ale domowe wyroby często mają jej dwa razy więcej. Bułgarzy popijają rakiję ajranem – rozcieńczonym kefirem z dodatkiem soli. Brzmi to dość słabo i z pewnością może zadziwić niejedną osobę, ale połączenie trunku i mlecznej popitki smakuje bardzo dobrze. Bułgaria słynie również ze znakomitych i tanich win. Na terenie tego kraju panuje doskonały klimat do uprawy winogron. Najsławniejszymi są: Kadarka (nie pachnie siarką, w przeciwieństwie do alkoholi, które można zazwyczaj zakupić w tej cenie w Polsce), Sophia (która również zdobyła popularność w Polsce), Tcherga, Domaine BoyarMerlot – który jest nie tylko francuską marką wina. Bułgarskie Merloty to czerwone wina półwytrawne.

CO WARTO PRZYWIEŹĆ Z BUŁGARII? 

Oprócz wielu pamiątek w bułgarskich sklepach o wdzięcznym napisie na spodzie Made in China (oczywiście można to zauważyć praktycznie w każdym kraju), warto zabrać ze sobą trochę Bułgarii, kupując dobre i tanie wina, z których słynie. Świetnym pomysłem na pamiątkę będą kosmetyki o zapachu róż czy też słodycze i inne produkty spożywcze, których składnikiem jest olejek różany. Dlaczego róże? Bułgaria jest największym producentem olejków różanych w Europie (stanowiących m.in. składnik perfum Chanel). Warto też zwrócić uwagę na bułgarskie wyroby skórzane, które są znane z dobrej jakości.

ZŁOTE PIASKI W BUŁGARII – HIT CZY KICZ? 

Niestety odpowiedź nie zadowoli tych, którzy liczą na rajskie plaże. Uważam, że jest to kicz, a nie hit. O ile turkusowy kolor morza zachwyca i nie ma nic wspólnego z obecnym w jego nazwie kolorem czarnym, to same plaże pozostawiają wiele do życzenia. Wszystko jest jednak rzeczą gustu, więc proszę wziąć poprawkę na to, co zaraz przeczytacie. 

Spora ilość hoteli, kasyn i klubów sprawia, że liczba odwiedzających Złote Piaski stale wzrasta. Na każdym kroku słychać tam rosyjski. Wypoczynek nad Morzem Czarnym w Bułgarii porównałabym do wakacji w Kołobrzegu, z jedną małą różnicą – spacerując bułgarskim brzegiem morza ciężko znaleźć jakąś wolną przestrzeń. Zabudowa hoteli jest tak gęsta, że sprawia wrażenie klocków w grze Tetris. Wprost zasypano je hotelami. Podczas upałów ciężko upolować miejsce na rozłożenie ręcznika – nie wspominając o tym, że praktycznie wszystkie plaże należą do hoteli. Goście spoza obiektu muszą uiścić drobną opłatę za leżak. Restauracje hotelowe specjalizujące się w all inclusive serwują specjały kuchni włoskiej lub francuskiej. Trudniej znaleźć w ich ofercie typowe dania kuchni bułgarskiej. Jak sprawić, aby wakacje na bułgarskim wybrzeżu były czymś więcej niż leżakowaniem na zatłoczonej plaży? 

DAJCIE SZANSĘ BUŁGARII!

NIE KOŃCZCIE SWOJEGO URLOPU NA LEŻAKU, Z KTÓREGO CIĘŻKO BĘDZIE WAM POZNAĆ PRAWDZIWE OBLICZE TEGO KRAJU. OCZYWIŚCIE NIE NAMAWIAM DO ZREZYGNOWANIA Z DOBRYCH IMPREZ W NADMORSKICH KLUBACH CZY TEŻ KĄPIELI W MORZU CZARNYM – ZACHĘCAM JEDYNIE DO POŁĄCZENIA WYPOCZYNKU Z ODWIEDZINAMI KILKU ŁADNYCH MIEJSC WE WSCHODNIEJ BUŁGARII:

KALIAKRA to przepiękny cypel, który tworzą skały liczące nawet 70 metrów wysokości. Oddalony jest o 75 kilometrów na północ od Warny. Odwiedzających zachwycają barwy skał wapiennych i piaskowców – od jasnoczerwonych po srebrne. Zgodnie z legendą, w czasie podbojów Turków w XIV wieku w tamtejszej twierdzy skryło się 40 kobiet. W obliczu przegranej z wrogiem, wolały odebrać sobie życie niż poddać się najeźdźcom – kobiety splotły się warkoczami i skoczyły ze skał. Czerwony odcień na klifach symbolizuje ich krew. Aby dostać się do Kaliakry należy udać się do Kawarny i stamtąd podjechać kolejnym autobusem na klify. 

kaliakra-1629552_960_720

MONASTYR AŁADŻA to średniowieczny eremicki klasztor, ulokowany w 40-metrowej skale i oddalony o 3 km od Złotych Piasków. Najprawdopodobniej powstał w IV wieku. Konstrukcja oraz większość wyposażenia pochodzi z XII wieku. W jego skład wchodzą dwie świątynie, kaplica, kuchnia wraz z jadalnią, krypta i cele. Dawno temu monastyr zamieszkiwali mnisi, którzy prowadzili skromny tryb życia w milczeniu, odosobnieniu i ascezie. Ponadto, w pobliżu znajdują się katakumby, usytuowane w jaskiniach. Przy Aładży znajduje się muzeum, w którym zgromadzono dzieła sztuki oraz dokumenty związane z działalnością monastyru. Ze Złotych Piasków można dotrzeć tam piechotą. Jeśli ktoś nie ma ochoty na godzinny spacer, może skorzystać z licznych taksówek – cena nie będzie zbyt wygórowana.

Varna_Region_-_Varna_Municipality_-_Golden_Sands_Resort_-_Aladzha_Monastery_(21)
autor zdjęcia: Камен Ханджиев, Wikimedia Commons, licencja: creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0.

WARNA to jedno z większych miast we wschodniej części Bułgarii. Szczerze mówiąc, jest ono niezbyt atrakcyjne. Poza kilkoma ciekawymi miejscami miasto wydaje się być nudne i zaniedbane. Stanowi jedynie doskonałą bazę wypadową na Złote Piaski. Niemniej jednak, warto udać się tam, aby zobaczyć Sobór Zaśnięcia Matki Bożej. Jeśli ktoś planuje wyjazd z dziećmi, ciekawą atrakcją będzie Delfinarium Festa. Szczegóły na temat cen, godzin wstępów, a także możliwości pływania z delfinami można znaleźć tutaj. W Warnie znajduje się też Muzeum Etnograficzne, Muzeum Historii Warny oraz Muzeum Władysława Warneńczyka. Jeśli ktoś dysponuje większą ilością czasu, może wstąpić do Retro Muzeum – ekspozycję tworzą przedmioty używane w latach 1945-1988. Najcenniejszymi artefaktami są Wołgi, Trabanty, stare modele Skody i Moskwicze, a także motocykle (m.in. Simon i Balkan). Największym zainteresowaniem cieszy się Chaika 13 – dawna limuzyna członków partii komunistycznej. Wstęp do muzeum – 10 levów, dzieci do lat 6 – bezpłatnie. Godziny otwarcia: 10:00 – 22:00. Lokalizacja: ul. Akademik Andrei Saharov 2.

BAŁCZIK to kolejne ciekawe miejsce, oddalone o 30km od Warny. To najstarsze miasto Bułgarii, które początkowo było osadą tracką. Obecnie jest ono popularnym miastem portowym, ale zdecydowanie mniej zatłoczonym niż Złote Piaski czy Słoneczny Brzeg. Turyści przyjeżdżają tam, aby zobaczyć letnią rezydencję królowej Marii z ogrodem botanicznym, którą zbudował dla niej król Rumunii Ferdynand I (Bałczik był wtedy częścią Rumunii). Budowla stanowi mieszankę kilku stylów architektonicznych. Widać w niej akcenty gotyckie, jak i wpływy orientalne. Poza pałacem i ogrodem botanicznym, znajduje się tam druga największa na świecie kolekcja kaktusów. Dojazd z dworca autobusowego w Warnie autobusem nr 409. 

2958102024_fe0a65ffd4_b
autor zdjęcia: KLMircea (flickr.com), licencja: creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/legalcode

KAMIENNY LAS (Pobiti Kamani) to rezerwat przyrodniczy, oddalony o 18 km od Warny. Patrząc na kształt i rozmieszczenie skał może się wydawać, że są to ruiny starożytnych kolumn stworzone przez człowieka. Nic z tych rzeczy – monumenty są wytworem geologicznym. Dawniej Kamienny Las uważano za miejsce o nadprzyrodzonej energii, która udzielała się odwiedzającym. Istnieje kilka teorii powstania formacji skalnych. Jedna z nich głosi, że kolumny uformowały się 50 milionów lat temu w morskiej wodzie, ze skrystalizowanego węglanu wapnia. Za sprawą setek lat i ocieplenia klimatu woda wymyła piasek, tworząc kamienne słupy.  Ze względu na to, że są one słabo osadzone na gruncie, kilka z nich upadło lub uległo zniszczeniu. Niemniej jednak, niektóre z nich liczą 100 metrów pod powierzchnią ziemi. Co ciekawe, ich wnętrze jest puste. Najpopularniejszą częścią rezerwatu jest Grupa Centralna z 300 kolumnami. Cały obszar rozciąga się na powierzchni 50 km². Wstęp do rezerwatu jest bezpłatny, ale warto zainwestować w wycieczkę z przewodnikiem (3 levy). Zamiast pokonania tej trasy autobusem z Warny, polecam dojazd do Kamiennego Lasu taksówką. 

varna-2108610_960_720

NESEBYR to bez wątpienia najpiękniejsze miejsce na Bułgarskim Wybrzeżu. Znalazłam w nim jedynie dwa minusy – niemożność spacerowania po zabytkowych ulicach bez ocierania się o ogrom turystów oraz wysyp sklepów z pamiątkami, średnio pasującymi do budynków i ruin z czasów starożytnych. Mimo to, miasto cieszy się sporym zainteresowaniem. Nazywane jest perłą Morza Czarnego. Dzięki odwiedzinom tego miejsca nie żałuję, że zdecydowałam się na wakacje w Bułgarii.

Poza 12345678987654 turystami w sezonie, miasto upodobali sobie „nieco” wcześniej Tracy, Grecy, Rzymianie, Bizantyjczycy, Turcy oraz Bułgarzy. Nesebyr był cennym nabytkiem ze względu na swoje położenie i charakter miasta portowego. Rozciąga się na niewielkiej skalistej wyspie, połączonej z lądem półkilometrowym przesmykiem. Od 1983 roku widnieje na liście Światowego Dziedzictwa Przyrodniczego i Kulturowego UNESCO. Jest to jedno z najstarszych europejskich miast – liczy ponad 3 tysiące lat. Mówi się też, że było to miasto z największą liczbą kościołów na jednego mieszkańca. Większość z nich już nie istnieje. Powstawały na przestrzeni wieków, przez co można w nich dostrzec wyraźne połączenia wielu stylów architektonicznych, dodających budynkom oryginalności. Warto zwrócić uwagę na ruiny cerkwi Świętej Zofii, a także najpiękniejszą bułgarską świątynię – trzynastowieczną Cerkiew Chrystusa Pantokratora. Jak opisałabym Nesebyr jednym zdaniem? Klimatyczne miejsce (mimo tysięcy turystów) z uroczymi uliczkami i przylegającymi do nich drewniano-kamiennymi domami, których ogrody zdobią pachnące krzewy róż. Podsumowując, jeśli wybierasz się nad bułgarskie wybrzeże, koniecznie wpadnij do Nesebyru!

Na poznanie miasta warto zarezerwować sobie cały dzień. Skorzystaliśmy z całodniowej wycieczki fakultatywnej jednego z biur, które reklamowało się przy plaży w Złotych Piaskach (nietrudno je znaleźć – w sezonie same Was znajdą). Młoda Bułgarka oprowadziła nas po tym pięknym miejscu, przekazując fakty i ciekawostki historyczne w języku… polskim.  Ze względu na to, że nie brakuje tam turystów z Polski, z łatwością można znaleźć oferty wycieczek w naszym ojczystym języku. Koszt – 42 levy/osoba dorosła (wyjazd z Warny). Osoby, które nie lubią płacić za obiad czterokrotnie wyższej ceny powinny wziąć ze sobą konkretny prowiant. 

KILKA INFORMACJI, ZANIM WYRUSZYSZ DO TEGO KRAJU:

1. Mówisz po angielsku? Świetnie. W Bułgarii możesz o nim zapomnieć. 

Jadąc tam, łatwiej porozumieć się z miejscowymi po polsku niż w języku angielskim. Ci, którzy władają językiem rosyjskim – albo chociaż podstawami – nie muszą martwić się o jakiekolwiek trudności. Właściwie to jest tylko jeden problem:

2. Bułgarzy przytakują, kręcąc głową na boki. Kiedy zaprzeczają, wykonują stanowczy ruch głową na dół, który w Polsce odbiera się jako przytaknięcie. 

Jest to chyba jedna z największych ciekawostek na temat mieszkańców tego kraju, o której wspomina każdy przewodnik po Bułgarii. Nic dziwnego, nieznajomość tego faktu z pewnością zaskoczy i wprawi w zakłopotanie turystów rozmawiających z Bułgarami.

3. Kontynuując temat bariery językowej – Bułgaria jest Ojczyzną cyrylicy. 

Pismo alfabetyczne, które z pewnością przeklinają turyści odwiedzający tej kraj – powstało w Bułgarii. Stworzył je Cyryl i Metody. Cyrylicą posługują się narody zamieszkujące większość państw wschodniosłowiańskich.

4. Oprócz cyrylicy, w Bułgarii powstał też… jogurt. 

Zasługę odkrycia pysznego, zdrowego i znanego na całym świecie „wynalazku” przypisuje się Stamenowi Grigorovi, który w 1905 roku odkrył pewną odmianę bakterii wykorzystywaną do produkcji jogurtów. Czyżby duma narodowa stanowiła powód spożycia ogromnych ilości tego produktu wśród Bułgarów?

5. Być może spożywanie jogurtów, zdrowe odżywianie oraz aktywny tryb życia przyczynia się do długowieczności Bułgarów.

Stulatkowie w kraju jogurtów nie wzbudzają tak wielkiego zdumienia wśród Bułgarów, co w Polsce. Tam jest to normalne. Większość mieszkańców tego kraju żyje o wiele dłużej niż ich europejscy sąsiedzi. Mawiają, że kluczem do długowieczności jest unikanie stresu i pozytywne nastawienie do życia.

6. Z pewnością zaskoczą Was nekrologi, porozwieszane w Bułgarii na każdym kroku.

Wiesza się je na drzewach, bramach, drzwiach frontowych czy też ścianach, w celu upamiętnienia zmarłych w rocznicę lub miesięcznicę ich odejścia. Mimo, że tradycja liczy sporo lat i wydaje się być mocno zakorzeniona, przeciwnicy nekrologów w ostatnich czasach walczą o zlikwidowanie wspominek w Bułgarii.

PODSUMOWUJĄC: 

Wyjazd w te strony umożliwia połączenie plażowania z poznaniem kilku ciekawych miejsc. Jeśli marzą Wam się wakacje podobne do tych nad polskim morzem (ogromna ilość plażowiczów, sporo klubów i milion sklepów z pamiątkami), odwiedziny ładnych bułgarskich zakątków, poznanie odmiennej kultury oraz wydanie niewielkiej sumy pieniędzy podczas urlopu to Bułgaria będzie dla Was dobrym miejscem na urlop. Jeśli chodzi o mnie – myślę, że jednorazowy wypad do wschodniej Bułgarii zupełności mi wystarczy. 

 

 

 

Boston i okolice – z wizytą na Harvardzie

Z wielkim trudem przychodzi mi wypowiedzenie Boston, Massachusetts bez poprzedzenia ich słowami Mariusz Max-Kolonko. O Bostonie mówi się, że jest przedłużeniem Europy. Jego architektura i sporo mieszkańców o irlandzkich korzeniach zdaje się to potwierdzać. Po drugiej stronie rzeki leży Cambridge. Znajduje się tam pewna uczelnia, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Od dziesiątek lat bezwzględnie zgarnia pierwsze miejsca w rankingach najlepszych uniwersytetów na świecie. Zachęcam do poznania historii Harvardu i przespacerowania się po kampusie. Wbrew pozorom, jest on dostępny nie tylko dla studentów. 

JAK DOJECHAĆ?

  • DO BOSTONU: Z Nowego Jorku można tanio dojechać tam autobusami Greyhound lub Peter Pan. Kolejnym przewoźnikiem posiadającym połączenia do Bostonu jest Bolt Bus. Bilety można zakupić już od 10$. Jeśli ktoś chciałby dostać się tam samochodem, musi przygotować się na kosztowne parkingi. Szczegółowe informacje na temat cen i adresów parkingów można znaleźć tutaj.
  • DO CAMBRIDGE: najpierw należy dostać się do Bostonu. Samochodem jest oczywiście najprościej. Informacje o parkingach w Cambridge można znaleźć tutaj. Ponadto, można dojechać do Cambridge z Bostonu metrem (najstarszym w USA). Z South Station po 20 minutach będziecie już na przystanku Harvard (czerwona linia, metro jest całodobowe).

CO I GDZIE ZJEŚĆ?

  • W BOSTONIE – owoce morza, zwłaszcza homary! Specjałem tego miasta jest lobster roll – bułka z mięsem homara. Nie należą one do najtańszych posiłków, w restauracji James Hook (15 Northern Ave) można zakupić takie danie w cenie 18,99$.
  • W CAMBRIDGE: Studenci Harvardu jednogłośnie polecają burgery w lokalu Bartley’s (1246 Massachusetts Ave, ceny wraz menu dostępne są tutaj), który miał swoje pięć minut m.in. w filmie Buntownik z wyboru.

Osoby z ograniczonym budżetem powinny skorzystać z oferty gastronomicznej tamtejszych food trucków. Większość z nich serwuje świetne i – w przeciwieństwie do wymienionych wyżej lokali – tanie jedzenie. Homary w food truckach czy też w budkach nad morzem również są niczego sobie.

IMG_20150728_140403
Jeden z bostońskich food trucków. I koleżanka.

RZECZ O HARVARDZIE: 

University of Harvard to najstarsza uczelnia w Stanach Zjednoczonych (rok powstania – 1636), która plasuje się na pierwszym miejscu w rankingach najlepszych uniwersytetów. Nazwa wywodzi się od Johna Harvarda – duchownego, który był jednym z hojnych darczyńców tej instytucji. Przez czternaście lat szkoła nosiła miano collegu. W 1780 roku ogłoszono ją uniwersytetem. Autorem wielu istotnych zmian w jego funkcjonowaniu był Charles Eliot, prezydent Harvardu w latach 1869-1909. Jedną z nich było połączenie teorii z praktyką. Wprowadzono program nauczania, opierający się na prowadzeniu badań.

KOSZT STUDIOWANIA NA HARVARDZIE:

Szkoła posiada ogromny majątek (około 38 miliardów dolarów), przez co ogłoszono ją najbogatszą uczelnią na świecie. Ile kosztują studia na Harvardzie? 55% studentów może liczyć na coroczne solidne stypendium wysokości 50 tysięcy dolarów. W mojej głowie pojawił się obraz stypendysty mieszkającego w luksusowym penthousie, podjeżdżającego na zajęcia najlepszym porsche, po czym doczytałam artykuł… Otóż koszt pokrycia nauki na Harvardzie wynosi 43,5 tys. dolarów (rok studiowania). Należy doliczyć do tego opłaty za wynajęcie pokoju czy też wyżywienie… Takie ceny za studia to jakiś kosmos. Niemniej jednak, zdobycie wykształcenia wyższego w USA jest niezwykle kosztowne, nie tylko na Harvardzie. Amerykańscy studenci mawiają, że kredyt to u nich norma. Często rodzice zaczynają odkładać pieniądze na wykształcenie dziecka tuż po jego narodzinach.

(NIE)ZNANI STUDENCI, ABSOLWENCI I WYKŁADOWCY: 

Mimo kosmicznych cen, uczelnia kształci 22 tysiące wybitnych studentów. Może poszczycić się znakomitymi absolwentami. Harvard wypuścił ze swoich murów 48 Laureatów Nagrody Nobla, 32 głowy państwa oraz 48 zwycięzców Nagrody Pullitzera (przyznawanej za wybitny wkład w amerykańską literaturę, dziennikarstwo i muzykę). Byli to m.in. amerykańscy prezydenci: Theodor Roosevelt, John Kennedy, George Bush, Barack Obama. Harvard ukończyli również: Natalie Portman, Matt Damon, Hilary Duff, Michelle Obama, Henry Kissinger, założyciel Facebooka – Mark Zuckenberg, a także nasi rodacy – Czesław Miłosz (będący nie tylko studentem, ale i wykładowcą na tej uczelni) i Maciej Sawicki – były gracz Legii Warszawa i obecny sekretarz PZPN. Bill Gates (założyciel Microsoftu i najbogatszy człowiek świata) rozpoczął studia, ale w późniejszym czasie zrezygnował z edukacji na Harvardzie. Przerwanie nauki najwyraźniej nie wyszło mu na straty. Proszę o niedoszukiwanie się w tym stwierdzeniu jakiegokolwiek przesłania do studentów.

800px-Harvard_University_Academic_Hoods
autor zdjęcia: Joe Hall (flickr.com), licencja: creativecommons.org/licenses/by/2.0/legalcode

STUDIA NA HARVARDZIE = BRAK ŻYCIA TOWARZYSKIEGO?

Oprowadzający nas po kampusie student rozpoczął swoją wycieczkę pytaniem do uczestników: Co sądzicie o tutejszych studentach? Nie czekając na naszą odpowiedź, sam postanowił nam jej udzielić. „Zazwyczaj wszyscy twierdzą, że jesteśmy sztywniakami bez poczucia humoru, dla których jedyną rozrywką jest zmiana miejsca w bibliotece. I w sumie… to prawda”. Już sama odpowiedź na to pytanie dowodzi, że raczej nie brakuje im poczucia humoru. O tym, że wielu z nich nie pogardzi dobrą zabawą, świadczy coroczna huczna impreza Eleganza, będąca pokazem mody i tańca. Patrząc na ilość barów w Cambridge odnoszę wrażenie, że studenci z pewnością znajdują czas na wieczorne wypady.

2

POZNAJ HARVARD DZIĘKI STUDENTOM: – Student-Led Public Walking Tour. 

Jeśli mówicie po angielsku to naprawdę w a r t o  skorzystać z wycieczek po kampusie. Przewodnikami są studenci – dowiecie się o historii i zwyczajach na Harvardzie, których nie znajdziecie w książkach i przewodnikach. Kalendarz Student-Led Public Walking Tour dostępny jest tutaj. Oprowadzanie rozpoczyna się zbiórką przy Harvard Information Center, zaś cała wycieczka trwa ponad godzinę. Zapisy nie są obowiązkowe, ale radzę o nich pomyśleć – chętnych jest sporo, a liczba miejsc ograniczona (maks. 35 osób). Wycieczka jest bezpłatna, ale należy wesprzeć oprowadzającego nas studenta napiwkiem (5-10$). Poza Student-Led Public Walking Tour, polecam Waszej uwadze pozostałe wycieczki po kampusie (zwłaszcza Memorial Hall i Tour of Widener Library). Więcej informacji można znaleźć tutaj.

3

Podczas spaceru po kampusie natkniecie się na statuę Johna Harvarda z wytartą stopą… którą pocierają studenci, aby zapewnić sobie szczęście w egzaminach. Pomnik Harvarda nazywany jest Pomnikiem Trzech Kłamstw z powodu kilku nieścisłości. Po pierwsze, osobą uwiecznioną na monumencie nie jest John Harvard (mimo podpisu na pomniku). Modelem dla jego autora – Daniela Chestera był amerykański prawnik Sherman Hoar. Po drugie, John Harvard nie był założycielem uniwersytetu – w przeciwieństwie do tego, o czym informuje napis wygrawerowany na posągu. Po trzecie, szkoły nie założono w 1638 roku. Rokiem, w którym rozpoczęła się jej działalność był 1636.

RZECZ O BOSTONIE:

Zdaję sobie sprawę z tego, że z reguły to Harvard jest dodatkiem do zwiedzania Bostonu. Zdecydowałyśmy jednak, że nasz plan będzie wyglądać inaczej. Większość czasu poświęciłyśmy na poznanie uniwersytetu. Niemniej jednak, udało nam się odwiedzić kilka miejsc w Bostonie. 

Stolica stanu Massachusetts powstała w 1630 roku. Paradoksalnie, najstarsze miasto USA słynie z najnowocześniejszych technologii. To również siedziba ośrodków naukowych i finansowych. Poza ekskluzywnymi sklepami i restauracjami, miasto posiada wiele zabytków i zieleni. Brakuje mu jedynie… gorącej herbaty, której picie do dziś jest tam zakazane. Napój od setek lat uważany był przez Amerykanów za symbol Wielkiej Brytanii, z którą raczej nie przyjaźnili się w przeszłości. W 1773 roku bostońscy buntownicy (przebrani za Indian) wdarli się na pokład statku przewożącego herbatę i zatopili go na znak protestu przeciw wprowadzeniu przez Brytyjczyków cła. To wydarzenie nazwano Bostońskim piciem herbaty.

SPACER PO BOSTONIE:

Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od najbogatszej dzielnicy – Beacon Hill, która silnie kontrastuje z nowoczesną zabudową w centrum. Mieści się tam Dom Stanowy z 1713 roku – najstarszy zachowany budynek w Bostonie. Urocze kamienice, brukowane ulice i chodniki tworzą niesamowity klimat, zwłaszcza po zmroku. Kontynuowałyśmy nasz spacer przez Boston Public Garden, aż do Biblioteki Publicznej – jednej z najpiękniejszych bibliotek na świecie (moim skromnym zdaniem). Na koniec pozostawiłyśmy sobie Prudential Tower – drugi największy budynek w Bostonie, liczący 229 metrów wysokości. Na 50 piętrze mieści się taras widokowy (informacje o cenach i godzinach otwarcia można znaleźć tutaj). Boston posiada przepiękne wieżowce, wchodzące w skład nowoczesnej części miasta. Można odnieść wrażenie, że wygląd każdego z nich został skrzętnie przemyślany i idealnie wpasował się w panoramę.

PODSUMOWUJĄC: 

Poznanie kultowej uczelni, która zdobyła sławę na całym świecie było niezapomnianym doświadczeniem. Mimo, że pomysł przeznaczenia większości czasu na zwiedzanie Harvardu uniemożliwił odhaczenie wszystkich atrakcji Bostonu to nie żałuję, że tak właśnie wyglądał nasz plan. Zarówno Boston, jak i Cambridge to interesujące miasta – jeden dzień na oba miejsca pozostawia lekki niedosyt. Niemniej jednak, naprawdę warto było odwiedzić te strony, nawet jeśli był to ekspresowy wypad do Massachussetts.

Filadelfia w 1 dzień

Filadelfia to półtoramilionowe miasto, leżące w północno-wschodniej części USA nad rzeką Delaware. Obecnie jest najważniejszym ośrodkiem przemysłowym, handlowym i edukacyjnym w Pensylwanii. Posiada najlepsze szkoły prawnicze i uniwersytety medyczne, a także sporo muzeów i galerii sztuki, usytuowanych przy alei Benjamina Franklina (zwanej skrawkiem Paryża). Liczne zabytki potwierdzają ogromną rolę tego miasta w przeszłości – to tam podpisano Deklarację Niepodległości, uchwalono Konstytucję i stworzono pierwszą stolicę Stanów Zjednoczonych (1790- 1800).

Większości osób miasto kojarzy się z pięściarzem Rocky Balboa. Filmowa postać Sylwestra Stallone doczekała się nawet swojego pomnika w miejscu nagrania końcowej sceny, w której Rocky wbiega po schodach Muzeum Sztuki. Filadelfia zaprezentowała się również w produkcji filmowej o niezbyt skomplikowanej nazwie – Filadelfia (1993). Główną rolę odegrał w niej Tom Hanks. Na potrzeby tego filmu powstała znakomita piosenka Streets of Philadelphia, autorstwa Bruce Springsten’a. Utwór stał się hitem w krótkim czasie. Aktor i muzyk są przyjaciółmi z dzieciństwa. W 1994 roku ich pracę nagrodzono Oskarami (w kategorii: najlepszy aktor, oryginalna piosenka). Dla wielu osób Filadelfia jest po prostu punktem na trasie z Nowego Jorku do Waszyngtonu, który przy okazji można odhaczyć. Dlaczego warto odwiedzić to miasto i co oferuje poza dobrą lokalizacją? O tym w dzisiejszym wpisie.

Trade-in-Sleep-for-a-Morning-Workout-2-1
Kadr z filmu „Rocky Balboa” (2006), reż. S. Stallone, prod. S. Stallone, I. Winkler, R. Chartoff

TROCHĘ HISTORII:

Akcenty europejskie w architekturze miasta to skutek dawnej kolonizacji Szwedów, Holendrów i Brytyjczyków, którzy stopniowo wypierali stamtąd indiańskie plemię Delaware (począwszy od XVII wieku). W 1681 roku Brytyjczyk William Pen założył tam Pensylwanię, zawierając układ z wodzem plemienia. Zgodnie z ustaleniami Filadelfia miała być rolniczą wioską, charakteryzującą się tolerancją religijną. Jak widać, sporo zmieniło się od tamtego czasu. Obecnie jest to najważniejsze miasto Pensylwanii, które było świadkiem wielu rewolucji, konferencji i bitew na przestrzeni lat.

MIASTO BRATERSKIEJ MIŁOŚCI I OGROMNEJ LICZBY ZABÓJSTW: 

Nazwa miasta oznacza braterską miłość i wywodzi się z greki. Wprowadzona przez Williama Penn tolerancja sprawiła, że miasto zamieszkuje mieszanka wielu narodowości. Większość z nich to Afroamerykanie. Ponadto, w Filadelfii rządził pierwszy czarnoskóry burmistrz. W mieście można też spotkać sporo Włochów, Azjatów, Irlandczyków oraz Polaków, skupionych w dzielnicy Port Richmond. Co ciekawe, City of Brotherly Love może „pochwalić” się tytułem najbardziej skorumpowanego miasta w kraju i największym odsetkiem zabójstw na tle innych przestępstw (powiało braterską miłością, nie ma co). W latach 70-tych liczba zabójstw na 100 tysięcy osób przekraczała 600. W 2008 roku Filadelfia zajęła 22 miejsce w rankingu najniebezpieczniejszych miast i 6 miejsce pod względem najniebezpieczniejszych aglomeracji w USA. Na pierwszym miejscu uplasował się sąsiedni Camden, znajdujący się po drugiej stronie rzeki Delaware.

giphy
W utworze „Streets of Philadelphia” Bruce Springsteen zaprezentował nie tylko najładniejsze części miasta…

PHILADELPHIA EAGLES: 

Filadelfia to nie tylko miasto z bogatą historią, pierwsza stolica USA, mieszanka narodowości, braterska miłość i ogromna liczba zabójstw. Zdecydowanie warto wybrać się na jeden z meczów drużyny Philadelphia Eagles (nawet jeśli ktoś nie wie o co chodzi w tej grze). Panująca tam atmosfera wynagrodzi Wam nieznajomość zasad. Patrick Varine – jeden z reporterów i kibic Pittsburg Steelers mawia, że kocha filadelfijską drużynę, bo fani jego ulubionego zespołu z Pittsburga sprawiają wrażenie mniej szalonych, w porównaniu do sympatyków filadelfijskiej drużyny. Kiedy Steelers rozgrywa mecz, burmistrz miasta nie musi wysyłać tam ekipy robót publicznych, która natłuszcza słupy oświetleniowe aby uniemożliwić pijanym kibicom atrakcyjną wspinaczkę, w przeciwieństwie do władz Filadelfii.

28236672_10214668295361772_1403117981_n
Mecz drużyny Philadelphia Eagles, autor zdjęcia: Szymon Krajewski (2015)

Philadelphia Eagles wygrały minione mistrzostwa futbolu amerykańskiego (2018), będące najważniejszym wydarzeniem sportowym w USA. Co roku Super Bowl cieszy się wielką oglądalnością (ponad 100 milionów Amerykanów), dlatego też ceny za reklamy w telewizji podczas przerw są gigantyczne. Stacja NBC zażyczyła sobie w tym czasie 5 mln dolarów za 30 sekund. Super Bowl to nie tylko rozgrywanie meczu najlepszych drużyn, które dostały się do finału. Wydarzenie jest prawdziwą ceremonią, którą uważa się za nieformalne święto narodowe. To również dzień spożycia największej ilości jedzenia w USA, zaraz po Dniu Dziękczynienia. Super Bowl rozpoczyna się hymnem narodowym w wykonaniu amerykańskich sław. W 2018 roku odśpiewała go Pink. W przerwie finału na scenie pojawił się Sting i Justin Timberlake. Możliwość występu podczas mistrzostw to wielkie wyróżnienie dla amerykańskich artystów.

Zwycięstwo Philadelphia Eagles było ogromnym zaskoczeniem dla Amerykanów. Drużyna pokonała New England Patriots wynikiem 41:33, mimo, że musiała sobie poradzić bez wielu kontuzjowanych zawodników. Rezerwowi pokazali na co ich stać. Nick Foles był jednym z nich, który zdobył tytuł najlepszego gracza. Były to pierwsze mistrzostwa, w których zdobyto wielką liczbę jardów (1151). Starcie obu drużyn było zacięte – 10 minut przed końcem meczu New England Patriots przejęli prowadzenie, ale nie na długo. 3 minuty przed ostatnim gwizdkiem Philadelphia Eagles odzyskała panowanie nad sytuacją i po raz pierwszy wygrała Super Bowl. Ich rywalom zabrakło naprawdę niewiele.

27337093_1821339097912770_5165634810149186402_n
Takie memy zasypały Facebook’a w USA po wygranej Philadelphia Eagles

JAK DOJECHAĆ:

Zakładam, że ktoś z Polski raczej nie wybierze się do Filadelfii na weekend. Z pewnością większość osób wpadnie tam w czasie zwiedzania wschodniej części USA. Dlatego też najtańszą opcją jest lot do Nowego Jorku (polecam wyszukiwarkę lotów eSky.pl) i dojazd do Filadelfii jednym z przewoźników: Megabus, Greyhound, Busbud lub Peter Pan. Przed zakupem biletu warto porównać wszystkie oferty na tej stronie. Pokonanie trasy autobusem zajmuje około 2 godzin. Wybrałam firmę Megabus i zapłaciłam 20$ za bilet w dwie strony. Wraz ze znajomymi wysiedliśmy przy dworcu kolejowym (30th Street Station, 2955 Market St).

27781717_1666043646788767_1684815357_n

CO ZJEŚĆ W FILADELFII?

Miasto słynie z tzw. Philly cheesesteak. To po prostu bułka z kawałkami podsmażanej wołowiny, potrójną porcją roztopionego sera, papryką i cebulą. Dobre, aczkolwiek niezbyt wymyślne – zważywszy na to, że jest to sztandarowe danie miasta.

Cheese Steak Cheese Philadelphia Cheese Steak


CO ZOBACZYĆ W JEDEN DZIEŃ?

Wbrew wielu opiniom uważam, że jest to ciekawe miasto i może sporo zaoferować odwiedzającym. Jeśli kogoś nie interesują wszystkie muzea, jeden dzień w Filadelfii w zupełności wystarczy. Moja propozycja zwiedzania obejmuje poniższe miejsca:

LOVE PARK ARCH: Filadelfia to kolebka państwa amerykańskiego, którą można porównać do naszego polskiego Gniezna – pomijając fakt, iż pierwsza polska stolica jest od niej o kilkaset lat starsza. Mimo to odniosłam wrażenie, że spośród licznych atrakcji (głównie o charakterze historycznym) turyści najbardziej szaleją na punkcie Love Park Arch. Po odwiedzinach Filadelfii przez moich współpracowników Facebook został zalany zdjęciami z tego miejsca. Napis Love każdego dnia przyciąga tłumy osób. Nawiązuje do braterskiej miłości – motta Filadelfii. Szczerze mówiąc, pominęliśmy go podczas naszego zwiedzania, ale skoro cieszy się tak wielkim zainteresowaniem to nie wypada o nim nie wspomnieć.

5818691534_349f0bcae2_b
Douglas Muth (flickr.com), creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/legalcode

Po kilku minutach dotrzecie już do RATUSZA. Jego wygląd potwierdza, że miasto posiada raczej europejski charakter. Odniosłam wrażenie, że władowano w niego sporo zbędnych detali, bez których mógłby prezentować się znacznie lepiej. Liczy 167 metrów i miał swoje pięć minut w latach  1894 – 1909. Był wtedy najwyższym budynkiem mieszkalnym na świecie. Zamierzeniem architektów było stworzenie z niego najwyższego budynku na świecie. Cel nie został osiągnięty. Jego budowa trwała aż 30 lat – w tym czasie zdążyła powstać francuska wieża Eiffla, która przejęła tytuł najwyższej budowli. Oglądając „z dołu” zegar umieszczony na wieży ma się wrażenie, że jest raczej niewielki. Nic z tych rzeczy – jego tarcza posiada 8 metrów średnicy. Na wieży ratusza mieści się punkt widokowy. Wstęp: dorośli – 8$, dzieci do lat 3 – bezpłatnie, studenci – 4$, seniorzy i żołnierze – 6$. Godziny otwarcia: poniedziałek – piątek 9:30 – 16:15, soboty 11:00 – 16:00. Bilety dostępne tutaj

11

Jeśli ktoś byłby zainteresowany wydaniem kilkunastu dolarów na panoramę miasta z ratuszem, może odwiedzić sąsiedni wieżowiec ONE LIBERTY OBSERVATION DECK z tarasem widokowym. Otwarte codziennie od 10:00 do 20:00, wstęp: 14,50$ (zniżki dla dzieci). Bilety można kupić tutaj.

Warto wstąpić MASONIC TEMPLE tuż za ratuszem – dziewiętnastowieczną świątynię masońską zaprojektowaną w średniowiecznym stylu normańskim. Budynek ogłoszono najwymyślniejszym przykładem architektury masońskiej.

Kolejnym miejscem jest TERMINAL READING MARKET  amerykańskie targowisko i jeden z najstarszych rynków USA, który powstał w 1893 roku. Poza stoiskami z mięsem, owocami, serami i domowymi wypiekami można tam wstąpić do wielu restauracji serwujących słynne cheesesteaks. To miejsce nie zrobi na Polakach wielkiego wrażenia, w przeciwieństwie do Amerykanów. W naszym kraju istnieje sporo takich targowisk, więc nie jest to jakieś must see Filadelfii. Niemniej jednak, polecam tamtejsze lokale gastronomiczne jeśli interesuje Was smaczny i niedrogi obiad.

349613341_cd9519c8d6_b
autor zdjęcia: Christopher Thompson (flickr.com), creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/legalcode

INDEPENDENCE PARK to najczęściej odwiedzane przez turystów miejsce w Filadelfii. Nie bez powodu – to również najbardziej zabytkowy fragment USA, który odegrał wielką rolę w historii kraju. Najważniejszymi elementami wchodzącymi w skład Independece Park są:

  • Independence Hall z 1732 roku, w której podpisano Deklarację Niepodległości i uchwalono Konstytucję Stanów Zjednoczonych. Budynek można zwiedzić bezpłatnie i z przewodnikiem (zwiedzanie możliwe jest co 15 minut). W tym celu należy odebrać bilety w sąsiednim Visitor Center i stawić się przy Independence Hall o wyznaczonej godzinie. 
  • Dzwon Wolności z 1753 roku, który przeniesiono do Liberty Bell Center – wejście bezpłatne, należy zarezerwować trochę czasu na oczekiwanie w kolejce. Dawniej, dzwon Wolności informował mieszkańców o zwycięstwach i porażkach podczas wojny o niepodległość.
  • Sala Kongresowa z 1787 roku, będąca niegdyś siedzibą sądu hrabstwa Filadelfii. W tym miejscu odbywały się pierwsze posiedzenia kongresu i utworzono zasady ustrojowe – wiele z nich obowiązuje w USA do dziś.

DOM KOŚCIUSZKI, a dokładniej Taddeus (ciekawa i oryginalna odmiana imienia Tadeusz w wersji amerykańskiej) Kosciuszko National Memorial znajduje się na wschód od Parku Niepodległości. W przypadku jednodniowego zwiedzania można sobie go odpuścić – kamienica została ubogo wyposażona, ale warto o niej wspomnieć ze względu na sam fakt jej istnienia (jeszcze do lat 70-tych XX wieku była ona w kompletnej ruinie). Tadeusz Kościuszko uważany jest za bohatera narodowego w USA. Był on generałem brygady i głównym inżynierem wojskowym Filadelfii. Znaczenie tej osoby w USA podkreślają liczne pomniki i ulice nazwane jego imieniem. W ilości monumentów przebija go jedynie George WashingtonZwiedzanie Domu Kościuszki – wypełnionego pamiątkami związanymi z jego osobą – możliwe jest od kwietnia do października, w soboty i niedziele (w godzinach: 12:00 – 14:00). 

301_Pine_Philly_Kosciuszko_Museum
Dom Kościuszki, autor zdjęcia; Smallbones (Wikimedia commons), domena publiczna.

DOM BETSY ROSE to kolejna atrakcja miasta, którą można odwiedzić w razie gdyby ktoś dysponował większą ilością czasu.  Jest to mieszkanie słynnej (w USA) szwaczki, która – zgodnie z legendą – uszyła amerykańską flagę na zlecenie generała Georga Washingtona. Właściwie to opowieść mija się z prawdą, a stworzenie tej legendy to zasługa wnuka Betsy. Obecne wnętrze domu odzwierciedla jego wygląd za czasów kolonialnych. Szczegóły na temat godzin otwarcia obiektu, opłat za wstęp i przewodnika można znaleźć na oficjalnej stronie obiektu, klikając tutaj

Betsy_Ross_1777_cph.3g09905
          Betsy Rose i George Washington, Jean Leon Gerome Ferris (Wikimedia), domena publiczna. 

Można śmiało powiedzieć, że ELFRETH’S ALLEY to najpiękniejsza ulica w mieście. Uważana jest też za najstarszą część Filadelfii, mimo niewystarczających dowodów. Jej początki sięgają 1727 roku. Trzydzieści domów przylegających do Elfreth’s Alley pochodzi z XVIII wieku. Mimo, że uliczka jest krótka, świetnie oddaje kolonialną atmosferę.

4353709000_3f0162e460_b
autor: Celine Harrand (flickr.com), creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/legalcode

Filadelfijskie CHINATOWN zamieszkują nie tylko Chińczycy. Osiedlili się tam również Wietnamczycy, Koreańczycy, Tajlandczycy i wiele innych nacji azjatyckich. Dawniej chińska część miasta przypominała slumsy, w których nie brakowało palaczy opium. To jednak przeszłość. Mimo, że nie jest najczystszą częścią miasta – i nic nie wskazuje na to, aby kiedyś nią została – azjatyckie sklepy i restauracje potrafią oddać atmosferę Państwa Środka. Początek Chinatown wyznacza łuk przyjaźni – brama z typowymi zdobieniami chińskimi pai fang. 

Po Chinatown proponuję półgodzinny spacer do Philadelphia Museum of Art przez amerykańskie Pola Elizejskie – Benjamin Franklin Parkaway. Ulicę przepełnioną flagami krajów z całego świata zaprojektował francuski architekt Greber, na wzór Pól Elizejskich w Paryżu. Benjamin Franklin Parkaway rozpoczyna się przy Ratuszu. Jej koniec wyznacza wzgórze, na którym ulokowano Muzeum Sztuki Filadelfii. Do ulicy przylega wiele ciekawych budynków (Bazylika Katedralna Św. Piotra i Pawła, Muzeum Historii Naturalnej, Instytut Franklina, Galeria Sztuki Barnes Foundation, Muzeum Sztuk Pięknych Rodin Museum, Biblioteka Publiczna posiadająca tabliczki z pismem klinowym z 3000 r. p.n.e.). Ten fragment miasta nazywa się kawałkiem Paryża w Filadelfii. 

14
Widok na wieżę ratusza

EASTERN STATE PENITENTIARY to dość nietypowa atrakcja, którą oferuje turystom miasto od 1994 roku. Więzienie było pierwszym zakładem karnym, w którym wprowadzono resocjalizację. Co więcej, dysponowało bieżącą wodą i ogrzewaniem. W tamtych czasach takie rzeczy należały do rzadkości – kiedy więźniowie w Eastern State Penitentiary posiadali już ogrzewanie, w Białym Domu było ono dopiero w planach. Więzienie było najnowocześniejszym i najdroższym budynkiem w okolicy. Mieściła się w nim sala operacyjna, salon fryzjerski, a nawet dentysta. W momencie ukończenia (1836) zakład karny posiadał 450 cel rozsianych na powierzchni 44,5 tys. metrów kwadratowych. Niemniej jednak, więźniowie nie żyli w luksusach, jak mogłoby się wydawać…

Cele nie były tak szykowne jak pozostałe pomieszczenia w budynku. Wejścia zostały obniżone, aby więźniowie mogli się kłaniać Bogu, wchodząc do środka. Pomieszczenia wyposażono w łóżko, szafkę, toaletę, umywalkę, Biblię, niewielkie okienko w suficie i wyjście na taras (każda cela miała swój, więźniowie spędzali na nim samotną godzinę każdego dnia). Nieco inaczej wyglądała cela Al Capone, który odbył tu swoją pierwszą odsiadkę w życiu. Wypełniono ją droższymi meblami, dziełami sztuki i książkami. Jednakże, cisza i odosobnienie stopniowo wykańczały nawet twardego szefa chicagowskiej mafii. Al Capone skarżył się, że nocą torturują go duchy jego ofiar.

eastern-state-penitentiary-3004123_960_720
Cela Al Capone

Zgodnie z planem resocjalizacji osoby odbywające odsiadkę były izolowane od reszty więźniów, przebywając w kompletnej ciszy (w razie naruszenia zasad na śmiałków czekały nieciekawe kary). Miało to wzbudzić w nich skruchę i zmusić do przemyślenia swojego postępowania. Takie odosobnienie wykańczało niejedną osobę. Sporo więźniów narzekało na przedziwne szepty w ich głowach. Mawiali że wielokrotnie widywali jakieś postacie, które po chwili znikały w obdrapanych murach Eastern State Penitentiary. Większość pracowników twierdzi, że było to popadanie w obłęd osamotnionych więźniów. Niemniej jednak, sporo osób uznaje budynek za nawiedzony. Śmiałkowie mogą odbyć w Eastern State Penitentiary nocne zwiedzanie. Szczegóły na temat biletów wstępu i godzin otwarcia można znaleźć na oficjalnej stronie internetowej obiektu, klikając tutaj

eastern-state-penitentiary-2934199_960_720
Eastern State Penitentiary

PHILADELPHIA MUSEUM OF ART uważane jest za najlepsze muzeum w mieście. Można tam znaleźć dwunastowieczne krużganki francuskie, przedmioty pochodzące z epoki renesansu, XVIII-wieczne wyposażenie domu z Londynu, elementy  związane z rzemiosłem amiszów czy też prace Duchampa i Rodina. Jednakże, powodem popularności tego miejsca nie są wymienione rzeczy. Znacznie popularniejsze okazują się schody prowadzące do wnętrza muzeum, za sprawą wspomnianej wcześniej produkcji filmowej „Rocky Balboa”. Właściwie to więcej turystów można spotkać przy schodach, po których wbiegał Sylvester Stallone w końcowej scenie filmu, niż we wnętrzu muzeum przy cennych artefaktach. I choć w informacjach o atrakcjach miasta schody nazwano Rocky Steps, miejscowi – których spytacie o wskazówki dotyczące dotarcia na miejsce – przeszyją Was dziwnym wzrokiem i niezrozumieniem (sprawdzone). Dlatego też najlepiej zapytać o budynek Museum of Art, a nie o Rocky Steps. Jeśli ktoś nie jest fanem sztuki i nie przepada za tym filmem, mimo wszystko powinien odwiedzić to miejsce. Pokonanie wielu schodów i wdrapanie się na górę wynagrodzi Wam świetny widok na miasto.

1 (2)16

PODSUMOWUJĄC: 

Mimo, że w panoramie miasta nie brakuje wieżowców, Filadelfia wyróżnia się na tle innych nowoczesnych aglomeracji USA – spacer po Independence Park to żywa lekcja amerykańskiej historii. Właśnie tak wyobrażałam sobie to miasto, zanim je odwiedziłam. Nie zaskoczyło, ale i nie zawiodło. Szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego tak bardzo polubiłam Filadelfię. Daleko jej do ideału, ale ma w sobie coś wyjątkowego. Jeśli ktoś nie planuje odwiedzin w muzeach, jeden dzień w tym mieście powinien wystarczyć. 

Zapora Hoovera – sztos inżynierii

Zaporę Hoovera nieraz nazywano 8 cudem świata. W momencie powstania była ona największą betonową konstrukcją, największą zaporą i największą elektrownią wodną na świecie. Piorunujący postęp techniki zapoczątkował budowę nowych konstrukcji i odebrał jej wszelkie tytuły w błyskawicznym tempie. Niemniej jednak, utworzenie takiej zapory w kanionie bez pomocy dzisiejszych rozwiązań technologicznych można śmiało określić cudem inżynierii. 

Zapora Hoovera w liczbach:

  • 224 metry wysokości,
  • 379 metrów długości,
  • 200 metrów szerokości u podstawy i 15 metrów w najwyższej części,
  • waga – 6.6 milionów ton,
  • 2074 MW mocy w elektrowni, wyposażonej w 19 turbin.

Obiekt upodobało sobie kilku reżyserów, którzy wielokrotnie rujnowali Zaporę Hoovera. Jak widać, Hoover Dam ma się dobrze nawet po ataku Transformers, trzęsieniu ziemi w San Andreas i zawaleniu w 10.5 Apocalipse. Mimo konkretnej konstrukcji wciąż obawiano się, że niektóre scenariusze filmowe okażą się rzeczywistością. Po zamachu terrorystycznym na wieże WTC 11 września 2001 roku wzmożono środki bezpieczeństwa w całym kraju. W 2010 roku utworzono ogromny most, na który przeniesiono ruch samochodowy, wcześniej odbywający się na Zaporze. Powodem stworzenia dodatkowej przestrzeni był również wzrost liczby ludności w okolicznych miastach.

Opisując Zaporę Hoovera wypadałoby wspomnieć, kim tak właściwie jest ten Hoover. Konstrukcję nazwano tak na cześć 31 prezydenta USA – Herberta Hoovera, który odegrał sporą rolę w powstaniu zapory. Budowa trwała niespełna 5 lat. Pochłonęła 40 mln dolarów i 100 robotników, którzy stracili życie przy pracy. To jednak oficjalne statystyki – niektóre źródła mówią o setkach ofiar. Biorąc pod uwagę warunki pracy, liczba ta była i tak niewielka. Sto lat temu przepisy BHP były tylko dobrą bajką dla dzieci. Pracownicy wykonywali swoje obowiązki na wysokościach bez odpowiednich zabezpieczeń. Udary wśród robotników były na porządku dziennym – temperatury wahały się pomiędzy 40 a 50 stopniami Celsjusza. Gwarantuję, że po kilku godzinach zwiedzania będziecie mieć tę zaporę w… nosie. Spróbujcie sobie wyobrazić, co czuli robotnicy. Mimo to, chętnych było wielu i nie wszyscy dostali tę robotę. W USA panował wtedy Wielki Kryzys – do pobliskiego Las Vegas przyjechało 20 tysięcy bezrobotnych, w nadziei na pracę przy zaporze. Zatrudniono niespełna 5300 osób.

PRZYGOTOWANIA DO ROZPOCZĘCIA BUDOWY ZAPORY:

Zanim rozpoczęto budowę, należało odpowiednio przygotować teren. Trzeba było odwrócić bieg rzeki. W kanionie wybito cztery pięciokilometrowe tunele o średnicy 17 metrów, którymi popłynęły wody Kolorado. Pomogło w tym specjalne urządzenie ze świdrami wiercącymi otwory na ładunki wybuchowe, które usuwało 14 metrów skał na dobę. Należało zabezpieczyć się przed ewentualnym zalaniem, budując tymczasowe zapory. Trzeba było zadbać o odpowiednie podłoże dla konstrukcji. Usunięto ponad milion metrów sześciennych ziemi, dokopując się do stabilnej skały, na której stanęła Hoover Dam. Mocne podłoże nie wystarczyło. Należało też zadbać o stabilne ściany, usuwając z kanionu zniszczony kamień. W jaki sposób? Robotnicy likwidowali zbędne skały młotami i dynamitem, zwisając na linach. Kamienie często spadały im na głowy – była to najczęstsza przyczyna śmierci.

HooverDamHighScaler
źródło: usbr.gov/lc/hooverdam/images/WashNo01333.jpg, domena publiczna

PIERWSZE KASKI:

Aby zapobiec wypadkom śmiertelnym powodowanym przez spadające na pracowników kawałki ścian, robotnicy stworzyli pierwsze kaski. Moczyli kawałki materiału w smole, które – po ostygnięciu – zakładali na głowę. Taka ochrona znacznie zmniejszyła liczbę ofiar. Firma zajmująca się budową zapory zakupiła kaski dla wszystkich pracowników. Od tamtej pory każdemu robotnikowi nakazano noszenie go podczas pracy.

KUPA BETONU: 

Do budowy zapory zużyto 2,5 mln metrów sześciennych betonu. Doliczając do tego 850 tysięcy metrów sześciennych, jaki przeznaczono na elektrownię i pozostałe budynki należące do kompleksu Hoover Dam, taka ilość betonu zapewniłaby powstanie autostrady łączącej zachodnią część USA ze wschodem. Obliczono też, że przy jednorazowym wylaniu jego zaschnięcie zajęłoby 125 lat. Dlatego też wylewano go stopniowo do utworzonych tam bloków. Żeby nie było zbyt łatwo – okazało się, że bloki te zwiększały swoją objętość i nagrzewały się do 70 stopni Celsjusza. W tym celu zamontowano między nimi rury z zimną wodą, które je chłodziły.

Do dziś krążą legendy o robotnikach, którzy wpadli do formy i zostali zalani betonem. Jakkolwiek mrocznie to nie brzmi, twórców tych opowiadań poniosła fantazja, bo każdorazowe wylanie betonu podnosiło poziom konstrukcji zaledwie o kilka centymetrów. 

800px-Placing_concrete_with_4-cubic_yard_transit_mixer_in_column_'M'-13._Transit_mixers_are_used_where_the_small_size_of..._-_NARA_-_293933
źródło: U.S. National Archives and Records Administration, Wikimedia Commons, domena publiczna.

JEZIORO MEAD:

Po zakończeniu budowy konstrukcji przystąpiono do wypełnienia sztucznego zbiornika wodnego – jeziora Mead. Proces trwał 6 lat. Przesiedlono wiele osób z miejscowości, które zostały zalane. Podczas znacznego obniżenia poziomu wody widać ruiny opuszczonych miast i wiosek. Za 20 lat Mead może całkowicie wyschnąć. Wszystko za sprawą zmian klimatu oraz nadmiernego zużywania wody. Obniżenie poziomu wody postępuje błyskawicznie – jeszcze kilka lat temu był on o 10 metrów wyższy. Wprowadzone ostatnio restrykcje dotyczące zużywania wody raczej już nie pomogą.

1
Znajdź 10 różnic, czyli dawna linia poziomu wody i linia wyznaczająca długość mojej koszulki pracowniczej.

WODA NAD ZAPORĄ WYLEWA SIĘ… DO GÓRY?

Będąc na Zaporze Hoovera, wiele osób zastanawia się nad pewnym zjawiskiem. Jeśli odwiedzicie to miejsce i nie szkoda Wam wody w butelce (zdaję sobie sprawę z tego, że w tym momencie wychodzę na sknerę, ale spacerując sobie po Zaporze w 40 stopniach sami zadacie sobie to pytanie), można sprawdzić jedną rzecz. Mianowicie:

giphy
źródło: youtube.com/watch?v=FbUtAlGeNEQ

Przyczyną wylewania się wody z butelki „do góry” nie jest obecność duchów robotników, których ciała – zgodnie z legendą i niezgodnie z logiką – zostały wmurowane w zaporę (przy kilkucentymetrowym wzroście formy po każdorazowym zalewaniu). Wylewaną wodę unosi prąd powietrza, który powstał w wyniku różnicy temperatur pomiędzy dolną a górną częścią konstrukcji. Spacerując po zaporze można odczuć powiew wiatru, jednak nie na tyle, co podczas wychylenia się za krawędź Hoover Dam.


INFORMACJE PRAKTYCZNE:

Odwiedzając to miejsce latem, poczujecie się jak w piekarniku. Pamiętajcie o kremach przeciwsłonecznych z konkretnym filtrem. Ponadto, przekraczając granicę dwóch stanów – Arizony i Nevady, przenosicie się do innej strefy czasowej – pamiętajcie więc o przestawieniu swoich zegarków.

Na głównym parkingu należącym do kompleksu Zapory Hoovera zapłacicie 10$ za samochód. Ponoć można zostawić auto bezpłatnie po stronie Arizony. Nie sprawdziłyśmy tego, więc pozostanę przy informacji o płatnym miejscu postoju.

W Visitor Center można wykupić wycieczkę po kompleksie: godzinną w cenie 30$ oraz półgodzinną za 15$ (tę drugą można zakupić on-line). Więcej informacji o możliwych wycieczkach, ich cenach i dostępnych godzinach znajdziecie tutaj. Poza wycieczkami, warto udać się na most Mike O’Callaghana i Pata Tillmana, skąd rozpościera się widok na Hoover Dam w całej swej okazałości:

PODSUMOWUJĄC:

Po kilku godzinach podziwiania tej niezwykłej konstrukcji z każdej strony w niemałym upale udaliśmy się do Las Vegas. Zapora znajduje się w bliskiej odległości od Światowej Stolicy Hazardu i jest doskonałym pomysłem na spędzenie ciekawego popołudnia, podczas gdy Las Vegas za dnia przypomina raczej miasto widmo. Nie sądziłam, że ta konstrukcja może mnie zainteresować, dopóki nie zobaczyłam jej na własne oczy. Mimo, że tytuł największej zapory na świecie został jej odebrany już po 9 latach od ukończenia budowy, do dziś przyciąga tłumy turystów i nic nie wskazuje na to, aby coś się zmieniło. Inżynierowie, którzy przyczynili się do jej powstania, wykazali się ogromnym profesjonalizmem. Nie brakowało im również pomysłowości, tak jak właścicielom pobliskiego sklepu z pamiątkami w pobliżu Hoover Dam: 

Parki Narodowe w USA – Wielki Kanion, Bryce Kanion, Zion

Podczas zwiedzania zachodniej części USA odwiedziłam Grand Canyon National Park, Bryce Canyon National Park oraz Zion National Park. Niestety nie udało mi się zobaczyć Antelope Canyon – wszystkie bilety zostały w tym dniu wyprzedane. Nie przeznaczyliśmy na te miejsca wystarczająco dużo czasu – jeden dzień na Wielki Kanion to stanowczo za mało. Mimo wszystko, znaleźliśmy go trochę więcej niż pewna grupka, wysiadająca z autobusu w pobliżu tarasu widokowego. Po sesji zdjęciowej na zamyślonego, członkowie grupy żwawym krokiem udali się w kierunku autokaru, kończąc swą przygodę z Wielkim Kanionem w zaskakująco szybkim tempie.

TRANSPORT:

Najłatwiej zwiedzać parki narodowe, mając do dyspozycji samochód. Proponuję przylot do Las Vegas i wynajęcie samochodu, np. na lotnisku. Oddając pojazd w tej samej siedzibie wypożyczalni można sporo zaoszczędzić. Na terenie większości parków narodowych w sezonie (czasami również poza nim) kursuje bezpłatny shuttle bus – dowiezie Was na początek danego szlaku lub do punktów widokowych.

Zion_Free_Shuttle_5479.jpg
Shuttle bus w Zion. Autor zdjęcia: gillfoto (Wikimedia commons), creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0.

NOCLEGI:

Można skorzystać z hoteli w parkach narodowych, oferujących drogie noclegi (pokoje dwuosobowe od 250$/doba, wymagana jest wcześniejsza rezerwacja). Zdecydowanie tańsze są domki letniskowe, położone w pobliżu parków. Jest jednak problem z ich dostępnością – warto zarezerwować je z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Jeśli planujecie przeznaczyć na każdy park jeden dzień, skorzystajcie z usług znacznie tańszych moteli na trasie.

Namiot to chyba najlepsza opcja – można go kupić w USA w dobrych cenach (już od 18$ w Walmarcie). Pamiętajcie o wcześniejszej rezerwacji na polach namiotowych! Możecie je znaleźć na każdej stronie internetowej danego parku lub tutaj. W niektórych miejscach dokonuje się rezerwacji tego samego dnia, ustawiając się nad ranem w długiej kolejce. Nie potrafię jednak powiedzieć, jakie są szanse na zarezerwowanie noclegu w ten sposób. Ceny na polach namiotowych wahają się w granicach 8-20$. Często nie wliczono w nie korzystania z prysznica. Jeśli wybrany przez Was kemping nie posiada go, nie martwcie się. Nie chodzi o to, aby nakłonić Was do zaniedbania higieny osobistej. W każdym parku są prysznice, dostępne dla Gości spoza kempingu (oczywiście odpłatnie).

Odważniejsi mogą też rozłożyć namiot na terenie Parków Narodowych USA poza kempingiem. Wówczas powinni zgłosić się do Wilderness Information Center, aby uzyskać pozwolenie od władz parku. Poza zgodą na rozbicie namiotu, pracownicy wręczają tzw. bearboxy. Są to duże metalowe skrzynie, w których należy schować cały swój dobytek, posiadający jakikolwiek zapach. Śmieci, jedzenie i kosmetyki potrafią skłonić niedźwiedzia do złożenia Wam niespodziewanej wizyty w namiocie.

Na każdy z parków poświęciliśmy jeden dzień. Noce pomiędzy ich zwiedzaniem spędziłyśmy w samochodzie (parkingi Walmart/stacje benzynowe). Udało nam się sporo zaoszczędzić, ale jest to niezbyt wygodne rozwiązanie.

20150914_152748
Nasz hotel i samochód w jednym

WSTĘP DO PARKÓW NARODOWYCH:

Wstęp do większości Parków Narodowych na terenie USA jest płatny. Nie jest jednak aż tak źle – płaci się za samochód, a nie za każdego pasażera. Cena za auto waha się pomiędzy 20$ a 30$ (bilet umożliwia wjazd do danego parku przez cały tydzień). Za motocykl płaci się mniej: 10$ – 20$. Najtańszą stawkę płacą piesi i rowerzyści: 10-15$.

Jeśli chcielibyście odwiedzić więcej parków, warto pomyśleć o ANNUAL PASS w cenie 80$. Można ją zakupić przy bramie wjazdowej do większości parków lub przez Internet. Karta umożliwia wjazd na teren każdego parku przez cały rok od momentu zakupu. Annual Pass może mieć maksymalnie dwóch właścicieli.

Przy bramie wjazdowej do każdego parku otrzymacie sporo informacji od pracowników wraz z biuletynem i mapką danego miejsca. Można też udać się do Visitor Center w każdym parku. Ponadto, w sezonie odbywają się swego rodzaju wykłady, prowadzone przez Rangersów. Jeśli wyobrażacie sobie drużynę Power Rangers opowiadającą o Wielkim Kanionie to muszę Was rozczarować. Ranger to po prostu leśniczy, konserwator w parku narodowym. Niemniej jednak, jego historie są ciekawe. Zdecydowanie warto znaleźć trochę czasu na posłuchanie tego, co ma do powiedzenia superbohater leśniczy. Rangersi często prowadzą bezpłatne wycieczki po parku.

GRAND CANYON NATIONAL PARK

Nie sądziłam, że Park Narodowy może zrobić na mnie tak wielkie wrażenie – nie jestem w stanie tego opisać. Możliwość zobaczenia tego miejsca na żywo jest głównym powodem, dla którego zachęcam wszystkich do odwiedzin zachodniej części USA – nawet jeśli miałby to być wybór pomiędzy zachodem a wschodem. 

Wielki Kanion znajduje się w stanie Arizona, na terenie Wyżyny Kolorado. Zajmuje niemałą powierzchnię – rozciąga się na 4926 kilometrach kwadratowych. Ciężko ustalić, kiedy powstał – niektóre badania mówią, że liczy 70 milionów lat. Inni naukowcy twierdzą, że początki miały miejsce „zaledwie” 5-6 milionów lat temu. Najstarsza warstwa kanionu liczy 2 miliardy lat, zaś najmłodsza – 230 milionów. Wielki Kanion wykształcił się wskutek erozji skalnych.

Można go obejrzeć od strony północnej, jak i południowej – częściej wybieranej przez turystów. South Rim (na południu) umożliwia najłatwiejszy dostęp do wielu punktów widokowych oraz skorzystanie z Centrum Informacji Turystycznej i darmowego shuttle bus. Ponadto, można odwiedzić tamtejszą osadę Indian, którą zamieszkiwały kiedyś plemiona Navajo. Niemałą atrakcją jest spacer po Skywalk – szklanej platformie widokowej, zawieszonej 1220 metrów nad przepaścią. Północna krawędź kanionu posiada trudniejsze szlaki. Niestety, nie wypowiem się na temat tej części, ponieważ odwiedziłam Wielki Kanion od strony południowej. Kogoś o grubszym portfelu z pewnością zainteresuje fakt, że można tam odbyć spływ pontonem lub podziwiać te niezwykłe tereny z okien helikoptera.

Podczas zwiedzania Wielkiego Kanionu nietrudno o spotkanie z kojotem, skunksikiem i szopikiem pręgoogonowym (nie są to moje pieszczotliwe zdrobnienia – tak właśnie nazywa się ten gatunek). Występują tu również grzechotniki, jelenie kanadyjskie, czarne niedźwiedzie, wiewiórki, jeżozwierze, sokoły, bieliki amerykańskie i kondory kalifornijskie.

punkt widokowy...
NAJWIDOCZNIEJ DLA DOBREJ FOTKI MOŻNA ZROBIĆ WSZYSTKO…

BRYCE CANYON NATIONAL PARK

Bryce Canyon National Park to niewielki Park Narodowy (145 kilometrów kwadratowych) w stanie Utah, który zrobił na mnie większe wrażenie niż Wielki Kanion. Być może jest to zasługa zachodu słońca, na który trafiliśmy, będąc na jednym z najlepszych punktów widokowych w tym parku.

Mimo słowa „Canyon” w swojej nazwie, właściwie nie jest on kanionem. Po pierwsze, nie przepływa przez niego rzeka – taka nazwa jest więc bezpodstawna. To miejsce powstało wskutek niszczenia skał podczas naprzemiennych cykli zamarzania (nocą) i rozmrażania (za dnia) wody, która wypełniała szczeliny w skałach. Kolejnym procesem wpływającym na wygląd tego parku jest rozpuszczanie wapienia przez deszczówkę, posiadającą kwaśny odczyn.

Zgodnie z legendą, dawni mieszkańcy Bryce Canyon mogli przeistaczać się w różne postaci za pomocą czarów. Nadużycie specjalnych mocy rozzłościło jednego z bożków, który pozamieniał ich w kamienie. Formacje skalne w parku dla niektórych stanowią potwierdzenie legendy, przypominając ludzi. Mówi się też, że kształty skał nawiązują do wież zamków i pałaców.

Jednym z wielu punktów widokowych parku jest Sunrise Point oraz Sunset Point – jak sama nazwa wskazuje – są to idealne miejsca na podziwianie wschodu i zachodu słońca. Kolejnym dobrym punktem widokowym, który oferuje odwiedzającym przepiękną panoramę jest Inspiration Point. Niemniej ciekawe jest Bryce Point, które zapewnia widok na oryginalne formacje skalne zwane amfiteatrem, w całej swej okazałości. Podczas jednego dnia w Bryce Canyon National Park odbyłyśmy spacer szlakiem Navajo Loop Trail. Pozwolę sobie pominąć jego opis – wjeżdżając do parku otrzymacie mapę i gazetkę informacyjną, w której znajdziecie wszelkie informacje dotyczące poruszania się po parku. Poza wieloma turystami, w Bryce Canyon National Park można spotkać kojota, orła, pumę, świstaka, susła i sowę.

ZION NATIONAL PARK 

Trzeci opisany przeze mnie w tym wpisie park w pełni oddaje krajobraz Dzikiego Zachodu. 600 kilometrów kwadratowych to powierzchnia Parku Narodowego Zion, który posiada pustynie, kaktusy, wodospady, kaniony, wysokie czerwone ściany piaskowców, a także wąskie labirynty i strome urwiska, które przecina Dziewicza Rzeka. To wszystko stwarza tam niesamowitą atmosferę. 

Nadana przez Mormonów nazwa tego miejsca nie jest przypadkowa. Nawiązuje do słowa Syjon, oznaczającego Miasto idealne. Początki tego miejsca sięgają 250 milionów lat temu. Wszystkie wymienione wyżej atrakcje, należące do parku zastępowało kiedyś płytkie morze, otoczone przez pustynię. Z biegiem lat (skromnie powiedziane – bardziej pasuje tu chyba z biegiem milionów lat) ukształtowały się tam ogromne, kolorowe klify, stanowiące przepiękną atrakcję turystyczną parku. Rzeka przecinająca Zion Park wycięła w niektórych miejscach szczeliny wysokości 1000 metrów. Najsłynniejszym z tamtejszych kanionów jest Zion Canyon.

Park zamieszkują jelenie mulaki, lisy, żbiki, pumy, przeróżne jaszczurki i węże (np. grzechotniki) oraz ptaki – orły, przepiórki, kukawki). Jeśli odwiedzacie park pomiędzy marcem a listopadem, istnieje możliwość odbycia szlaku Sand bench Trail konno. Rezerwacji można dokonać w schronisku Zion Lodge. Jazda konna sprawi, że poczujecie się niczym serialowy Bonanza.

Przy wjeździe do parku (drogą Highway 9, oferującą przepiękne widoki) otrzymacie wszystkie niezbędne informacje na temat tamtejszych atrakcji, szlaków i punktów widokowych. Proponuję przejazd do ostatniego przystanku Shuttle Bus w Temple of Sinawava, zatrzymując się po drodze na zobaczenie Sądu Patriarchów, Płaczącej Skały, Wielkiego ZakolaWarto też wstąpić do Zwężeń, w których można pospacerować – jak sama nazwa wskazuje – po zwężającym się kanionie. Do najbardziej interesujących atrakcji zaliczają się Szmaragdowe Stawy i Ukryty Wąwóz. Zion National Park posiada jeden z najniebezpieczniejszych szlaków na świecie obejmujący formację skalną, zwaną Lądowiskiem Aniołów (zdjęcie poniżej przedstawia fragment szlaku). Jeśli kogoś nie zadowala fotografia, zapraszam do obejrzenia filmiku, który z pewnością lepiej przedstawi Wam to miejsce.

angels-landing-2228352_960_720

OBSERWACJE GWIAZD W PARKACH NARODOWYCH USA:

Parki Narodowe na terenie USA to jedne z najlepszych miejsc na świecie do obserwacji gwiazd. Po pierwsze – znajdują się w dużej odległości od wielkich miast. Po drugie, zabudowa na terenie parków ułatwia ich obserwację poprzez ograniczenia sztucznego oświetlenia (zazwyczaj światła ustawiane są ku dołowi). Za drobną opłatą można skorzystać z licznych teleskopów, ulokowanych w wielu punktach widokowych amerykańskich parków narodowych.

Fairyland Canyon Utah Milky Way National Park Park
źródło: MaxPixel, domena publiczna

Opisane powyżej miejsca to zaledwie 3 z 59 Parków Narodowych, które rozciągają się na terenach USA. Aby uzyskać więcej informacji na temat poszczególnych miejsc warto odwiedzić tę stronę – znajdziecie tam wszelkie informacje o każdym parku w Stanach Zjednoczonych. 

Poza interesującym Nowym Jorkiem, uporządkowanym Waszyngtonem, tropikalną Florydą, filmowym Los Angeles i słoneczną Kalifornią, USA posiada jedne z najpiękniejszych parków narodowych na świecie. Nie należy omijać ich podczas swojej podróży! Zamieszczone we wpisie zdjęcia nawet w połowie nie oddają widoków, jakie oferują parki. Mam nadzieję, że wkrótce sami się o tym przekonacie.